Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazanie na górze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazanie na górze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lipca 2012

Dobra lub zła budowa

Po trudnej ale, w mojej opinii owocnej wędrówce, znaleźliśmy się na końcu Kazania na Górze. Oto ostatni fragment.

Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki».  
Gdy Jezus dokończył tych mów, tłumy zdumiewały się Jego nauką. Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie. 

Chrystus ostatnimi słowami podsumowuje swoją naukę i niejako określa jej znaczenie. Życie można budować wokół rozmaitych wartości i nawet należy tak robić. Jednak najważniejszy jest fundament. Co jest dla Ciebie najważniejsze, gdy myślisz o swoim życiu? Czy ważne są dobra i doznania doczesne, czy może umiejętność przebaczania i obdarowywania innych? Czy nie jest prawdą, że jeśli skupiamy się w życiu na miłości do drugiego człowieka, to sprawy codzienne, które niekoniecznie układają się po naszej myśli, nie mają wpływu na nasze nastawienie do życia?

Gdy zbierają się nad nami wichry i pada deszcz, to czy nasz dom wytrzyma próbę? Jeśli posłuchamy słów Chrystusa i nadamy im pełnię (będziemy wypełniać) to niewątpliwie wytrzyma. Gdy nasze ego przestanie być centrum naszego świata, to drobne dolegliwości owego ego, staną się tylko niewielką niedogodnością, a nie życiowym problemem. Warto zapamiętać, żeby postępować według Złotej Zasady (czynić drugiemu to, co chcielibyśmy aby nam czyniono). Warto również naprawę świata zaczynać od samego siebie. Najpierw przebaczać innym, a potem sobie. Najpierw wymagać od siebie, a potem od innych. 

I na koniec jeszcze, jaka jest ta władza, którą ma Chrystus, a której nie mają uczeni w Piśmie?  Nie chodzi chyba przecież o dosłowną władzę nad drugim człowiekiem. Moim zdaniem chodzi tu o władzę Chrystusa nad własnym życiem. Ludzie widząc spójność Jego nauki z Jego postępowaniem zauważają, że nad Jego życiem tylko On ma władzę. Tą władzą jest mądrość. Nie lekceważmy więc mądrości tylko wstępujmy na tą wielką górę, na którą Chrystus nas zaprasza i dokładajmy kolejne cegiełki do wspólnej budowy wspaniałego Królestwa Niebieskiego, które nie będzie kolejnym utopijnym systemem politycznym, ale prawdziwym królestwem ludzkich serc.

wtorek, 13 grudnia 2011

Łudzenie samego siebie

Rozważając dalej Kazanie na Górze, napotykamy poniższe słowa.

Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: "Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?" Wtedy oświadczę im: "Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!"

Zbliżając się nieuchronnie do końca swojego wykładu, Chrystus podsumowuje naukę, podkreślając jej istotę. Ostatecznie zrywa z utartymi koncepcjami świętości. Nie chce znać tych, co w Jego imieniu będą dokonywać cudów, wyrzucać duchy czy prorokować. Nie takich naśladowców pragnie widzieć. Jaki jest warunek wejścia do królestwa? Wypełniać wolę Jego Ojca.

Choć brzmi to bardzo tajemniczo, w kontekście wcześniejszych słów nie jest to wcale skomplikowane. Chrystus wielokrotnie w swojej nauce podkreśla znaczenie przykazania miłości, wysuwając je zdecydowanie na pierwszy plan życia człowieka. A że przykazanie to brzmi bardzo ogólnie, przybliża On w swoim Kazaniu podstawowe zasady, którymi kieruje się człowiek, który miłuje bliźniego.

Każdy, kto weźmie sobie Jego słowa do serca, w sercu właśnie rozpocznie budowę Królestwa Niebieskiego. Jeśli przełoży te słowa na codzienne działania, jego życiem będzie Królestwo Niebieskie. Każdy, kto nie weźmie sobie tych słów do serca i nie będzie ich obracał w działanie, nie doświadczy Królestwa Niebieskiego, bo nie będzie ono nawet fragmentem jego życia. Chrystus mówi, jak żyć aby być prawdziwie szczęśliwym.

sobota, 1 października 2011

Ostrzeżenie przed fałszywymi apostołami

Kolejny fragment Kazania na Górze jest ostrzeżeniem.

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach.

O czym mówi Chrystus? Kto jest fałszywym prorokiem? Czy w świetle jego wcześniejszych nauk, każdy z nas nie jest powołany do bycia apostołem? Komu więc Chrystus odmawia tego tytułu? Kto decyduje, czy dana osoba jest apostołem czy nie?

Chyba nie. Chrystus nie mówi, że tylko określone osoby mogą głosić Jego słowo. Każdy może, a nawet każdy powinien. Jednak nie każdy robi to z miłości i dla dobra Królestwa. Chrystus ostrzega przed ludźmi, którzy używają Jego słowa do szerzenia nienawiści i zła. Mówi o drapieżnych wilkach, w owczej skórze. Nikomu nie zabrania głosić słowa, ale ostrzega słuchających przed tymi, którzy mogą zmanipulować Jego naukę do dzielenia ludzi. Jedynym kryterium rozpoznawania takich osób są owoce. Owocami są oczywiście konkretne zachowania ludzi w konkretnych życiowych sytuacjach.

Jeśli ktoś chwali Jezusa i z Ewangelią na ustach jedzie zabijać ludzi, to czy jest to prawdziwy apostoł? Jeśli ktoś czyta Ewangelię, a tych, którzy nie chcą słuchać skazuje na śmierć, to czy jest to prawdziwy apostoł? A może taki, który głosi Ewangelię, by w komentarzu dowodzić, że należy piętnować inne nacje, jest prawdziwym apostołem? Wydaje się, że to przypadki, które mogą dotyczyć tylko jakiejś hierarchii duchownej. A czy w naszym życiu nie jest podobnie? Ile razy powodowani własną niechęcią do jakiejś osoby, piętnujemy ją wytykając moralne błędy i potknięcia? Tak samo używamy słowa Chrystusa do zaspokajania własnych egoistycznych celów.

Chrystus jednak nie tylko mówi o wydawaniu złych owoców. Mówi wprost, że drzewo musi wydawać owoc dobry. Zatem głoszenie słowne Ewangelii nie jest tym, co charakteryzuje prawdziwego apostoła. Apostoł powinien przynosić dobre owoce. Powinien swoim działaniem i życiem dawać świadectwo nauki Jezusa. Zamiast mówić, pouczać i się wymądrzać, trzeba zacząć żyć! Żyć słowem Ewangelii, aby nie okazało się, że życie już minęło, a wspominając je doświadczać będziemy żaru ognia piekielnego. Dbajmy więc o to, żeby nasze życie przynosiło owoce, a przez to osiągało pełnię Królestwa.

środa, 3 sierpnia 2011

Ciasna brama

Zbliżamy się do końca rozważań na temat Kazania na Górze. Wchodzimy w etap podsumowania. Oto co mówi nam Chrystus:

Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!

O jakich bramach i drogach mowa? Oczywiście chodzi o nasze życiowe i codzienne decyzje. Wybierając szeroką bramę, wybieramy komfort. Ciasna brama wiąże się z trudem. Musimy namęczyć się by przez nią przejść. Naszych decyzji nie możemy podejmować tak, by na uwadze mieć własny komfort, ale przede wszystkim dobro i miłość. Gdy wybierzemy wygodną bramę, przejdziemy bez problemu, ale dokąd trafimy? Dokąd można trafić wybierając jedynie własną wygodę? Co warte jest takie życie, gdy świat który nas będzie otaczał nie będzie miał dla nas znaczenia, a będzie je mieć jedynie pustynia naszego własnego ego.

Aby żyć szczęśliwie, nie dość, że musimy podjąć decyzję, by przejść przez ciasną bramę, ale musimy znaleźć do niej drogę. A droga ta jest wąska i nieraz trudno odszukać ją w gąszczu innych dróg. Gdy idziemy w górach lub lesie i szlak nie jest oznaczony, jak często zdarza się nam błądzić? Czy możemy wtedy odnaleźć cel? Odnaleźć ciasną bramę?

A jednak Chrystus nie zostawia nas na bezdrożu. Oznakowuje dla nas drogę. Jedyne, co musimy zrobić, to wytężyć słuch i usłyszeć, co do nas mówi m.in. w Kazaniu na Górze. Pokazuje na czym polega sens życia i jak odnaleźć szczęście. Jak zbudować Królestwo Niebieskie rozpoczynając od własnego serca. Ale Chrystus nie tylko mówi. Jego życie i śmierć są drogą, jaką trzeba wybrać. Droga miłości i przebaczenia wiedzie do ciasnej bramy, za którą odnajdziemy własne życie. Czyż to nie Chrystus mówił, że jest drogą, prawdą i życiem? Dlaczego mamy taki kłopot by go usłyszeć?

czwartek, 24 marca 2011

Złota zasada postępowania

W naszych rozważaniach na temat Kazania na Górze nieuchronnie zbliżamy się do końca. Kolejny rozdział jest krótki:

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.

Zdanie to idealnie odzwierciedla maksymę: minimum słów - maksimum treści. Nie trzeba wymieniać rzeczy dozwolonych czy polecanych, ani zabronionych czy potępianych. Wystarczą krótkie dwa zdania, aby każdy w ciszy własnego rozumu mógł sam ocenić własny czyn. Wystarczy postawić się na miejscu drugiej osoby, by zobaczyć czy moje działanie jest pozytywne czy negatywne.

Zresztą mądrość ta znana jest w postaci przysłów i powiedzeń. Najbliższe treścią jest chyba Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Chrystus idzie trochę dalej. Nie tylko mamy powstrzymać się od złych czynów, ale mamy aktywnie działać na rzecz potrzebującego bliźniego. Całe Boże Prawo polega na tym, aby drugiego człowieka postawić w centrum, jako cel swoich działań. Całą swoją działalnością Chrystus świadczy, że Bóg jest tam, gdzie drugi człowiek. A Bogu nie tylko nie należy czynić źle, ale należy składać mu ofiarę. Nie ofiarę krwi, ale ofiarę miłości.

Łatwo jednak dojść do wniosku, że drugi człowiek może potrzebować zupełnie czego innego niż ja. Jaki sens więc ma czynienie jemu tego, czego sam bym chciał dla siebie? Czy nie wpadamy znów w pułapkę egocentryzmu, gdy próbujemy w drugim człowieku znaleźć jedynie własne potrzeby i pragnienia? Zadanie to jednak wcale nie jest trudne.

Po to mamy rozum, by umieć siebie postawić w sytuacji drugiego człowieka. Ja w danej chwili potrzebuję czegoś, ale potrafię wyobrazić sobie siebie w sytuacji kogoś, kto potrzebuje czegoś innego. Mogę nawet znaleźć odpowiedź na pytanie, czy znalazłszy się w takiej sytuacji chciałbym pomocy? Czasem nie chcę pomocy. A czasem nie chcę się przyznać, że jej potrzebuję. Czy potrafimy podejść do drugiego człowieka zarówno z troską, jak i ze zrozumieniem? Czy potrafimy dać tak, aby bliźni po drugiej stronie nie wstydził się wziąć? To zadanie wydaje się dużo trudniejsze. Ale czy Chrystus obiecywał, że będzie łatwo?

czwartek, 2 grudnia 2010

Wytrwałość w modlitwie

Oto kolejny fragment Kazania na Górze:

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.

No i jak pogodzić ten fragment, z tym, co mówił Chrystus parę chwil wcześniej na tej samej górze? Po co prosić Ojca, skoro ten wie, czego nam trzeba? A jednak Jezus sam dawał przykład, że należy się modlić. Nauczył nas nawet słów. Modlitwa jednak nie jest tu biernym oczekiwaniem na łaskę, ale aktywnym wybieganiem ku przyszłości. Poprzez wyrażenie prośby, deklarujemy podjęcie działań w celu jej spełnienia. Dopóki będziemy prosić, będziemy działać, będziemy kołatać do ludzkich serc, aż nam otworzą. Będziemy szukać dobrych darów wśród ludzi, aż je znajdziemy.

Poprzez prośbę podejmujemy decyzję. Dajemy wyraz tego, czego chcemy. Dlatego mamy nie prosić, o to czego nam trzeba, bo to znane jest Ojcu naszemu. O to zadba nasz instynkt, nasza natura. Nasze myśli i rozum mamy skierować na to, co możemy dać światu, a nie co możemy z niego wyciągnąć. Jeśli będziemy prosić o Królestwo Niebieskie, to będziemy je realizować, a tym samym zagości ono w naszym sercu i w naszym świecie. Z Jego perspektywy spojrzymy na świat, w którym będziemy chcieli dawać, a nie brać.

sobota, 31 lipca 2010

Powściągliwość w sądzeniu. Obłuda.

W naszych rozważaniach na temat Kazania na Górze przechodzimy już do siódmego rozdziału Ewangelii wg św. Mateusza.

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały.

Początek jest dość prosty i bardzo logiczny. Jaki świat będziemy budować dookoła, w takim będziemy żyć. Gdy będziemy się wywyższać nad innymi i rwać się do sądzenia, to ułożymy cegłę na budowie świata, w którym ludzie się wywyższają i rwą do sądzenia. Kto komu może dać prawo do osądzania drugiego człowieka? Kto może się wywyższać nad innymi? Gdy o całe zło na świecie, będziemy oskarżać brata swego, to nie zauważymy zła, którego sami się dopuszczamy. Najpierw trzeba usunąć belkę ze swego oka. Usuwając tę belkę dać przykład bratu, który może wtedy sam usunie własną drzazgę. Dać świadectwo.

Jak jednak rozumieć ostatni werset? Kto jest psem? Kto jest świnią? Dopiero co Chrystus powiedział, żeby nie osądzać, a tu każe nam identyfikować psy i świnie? Jak rozgryźć tę zagadkę? Może najpierw trzeba odnaleźć odpowiedzi na inne pytania: czym są perły? co jest święte?

Najprościej chyba zacząć od ostatniego pytania. Jak rozpoznać to, co jest święte? Myślę, że to pomału zaczyna się wyłaniać z całej lektury Kazania na Górze jak i z pozostałych fragmentów nauki Chrystusa. Gdy jest On pytany, co jest najważniejsze, mówi bez wahania: "Miłuj bliźniego swego." Przed śmiercią nakazuje... "Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali". To drugi człowiek - bliźni - brat. On jest zawsze najważniejszy. To drugi człowiek jest tym, co święte. Kto zatem jest psem? Ten, który chce posiadać człowieka. Ten, który chce, aby mu go dać. Chrystus przykazuje: "Nie dawajcie psom tego, co święte". Nakłada na nas obowiązek troski o drugiego człowieka.

Myślę, że to samo kryje się w obrazie pereł i świń. Natomiast zatrzymałbym się nad konsekwencją tego, że nie posłuchamy słów Chrystusa. Gdy nie będziemy troszczyć się o innych to psy i świnie obróciwszy się nas będą szarpać. Gdy nie będziemy się troszczyć o innych, to kto nas osłoni przed psem czy świnią? Jaki świat zbudujemy, w takim będziemy żyć. Już kiedyś przytaczałem ten wiersz niemieckiego pastora Martina Niemoellera, ale myślę, że jest idealna okazja by go powtórzyć, bo stawia on kropkę w naszych rozważaniach na temat tego fragmentu Kazania na Górze. Oto on:

Gdy nazi przyszli po komunistów, nie odezwałem się, bo nie byłem komunistą.
Potem przyszła kolej na Żydów, i znowu się nie odezwałem, bo nie byłem Żydem.
Potem przyszli po związkowców, i znowu się nie odezwałem - bo nie należałem do związków zawodowych.
Potem przyszli po katolików i nie protestowałem, bo byłem protestantem.
Wreszcie przyszli po mnie - i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

poniedziałek, 24 maja 2010

Zbytnie troski

Oto kolejny fragment Kazania na Górze, a zarazem ostatni w szóstym rozdziale Mateuszowej Ewangelii.

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie?
Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?
A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary?
Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

O co właściwie chodzi Jezusowi? Czy mamy przestać dbać o jedzenie, o picie, o pracę? Czy nie będzie to zaniedbanie wobec samego siebie? Jak nie dbając o jedzenie, mamy mieć energię, by realizować inne ważne plany? Jak wtedy realizować ambitny projekt Królestwa Niebieskiego? Jednak już w samych naszych pytaniach możemy znaleźć odpowiedź. Mamy realizować projekt Królestwa Niebieskiego. Chrystus mówi: Starajcie się naprzód o królestwo. Gdy to ono jest celem, to w dbaniu o jedzenie, picie, czy odzienie nie ma nic złego. Ważne, żeby nie jeść dla jedzenia, bo czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm? Mamy jeść i pić, ale tylko po to, żeby realizować Królestwo.

Gdy dbamy tylko o to by jeść, pić, ubrać się, to wpadamy w pułapkę. Zaczynamy żyć tylko tym. Jeśli mamy co jeść, zaczynamy się zastanawiać, co jeść będziemy jutro, za tydzień, na emeryturze. Energię, którą możemy włożyć w Królestwo, wkładamy w "jutro". Tymczasem jutrzejszy dzień sam o siebie się troszczyć będzie. Nie wiadomo nawet czy go dożyjemy. A energia i środki nasze mogą być potrzebne komuś tu i teraz. Przecież dosyć ma dzień swojej biedy. Odrzucając ten pewnik, ryzykujemy zmarnowanie tych cennych zasobów. Czy odpowiedzialny człowiek może w ten sposób postępować?

piątek, 26 lutego 2010

Dobra trwałe

Kolejny fragment Kazania na Górze składa się właściwie z trzech myśli. Oto one:

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje.

Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.

Pierwsza i trzecia są ze sobą mocno powiązane. Tu i tu chodzi o trwałe dobra, które człowiek gromadzi w trakcie życia. Jednak warto rozpocząć rozważania od drugiego fragmentu. Co oznacza, że światłem ciała jest oko? Dzięki oku człowiek widzi światło. Więc może nie tyle chodzi o oko, co o spojrzenie, o widzenie rzeczywistości. Jeśli oko jest chore, to ciało będzie w ciemności. Tj. gdy patrzymy na świat w zły sposób, z jakiejś chorej perspektywy, to stopniowo ogarnia nas ciemność. Gdzieś zatraca się w nas prawdziwe światło.

Jak zatem należy patrzeć "zdrowym okiem"? Myślę, że z odpowiedzią na to pytanie przychodzą pozostałe dwa fragmenty. Człowiek idąc przez życie gromadzi dobra. Czasem dobra te są tylko środkiem do osiągnięcia celów, lecz czasem stają się celem samym w sobie. Gromadzenie dóbr pozwala człowiekowi żyć wygodniej, mniej energii tracić na podstawowe czynności, a dzięki temu wykorzystywać ją w lepszy sposób. Czy jest w tym coś złego?

Myślę, że właśnie w tej energii tkwi samo sedno sprawy. Jeśli zaoszczędzoną energię potrafimy obrócić w dobro w sensie etycznym, to dobra materialne, które zgromadziliśmy nie stanowią żadnego zła. Były jedynie narzędziem, które umożliwiło nam gromadzenie dóbr w niebie. Umożliwiło nam dołożenie cegiełki w tym wielkim projekcie jakim jest Królestwo Niebieskie. Jeśli jednak dobra materialne umożliwiają nam wykorzystanie energii na zdobywanie kolejnych dóbr materialnych, to dobra te gromadzimy jedynie dla siebie, jedynie tutaj, jedynie na Ziemi. Marnujemy energię dla bliżej nieokreślonego celu.

Gdzie jest mój skarb, tam jest i moje serce. Tam jest sens mojego życia, gdzie koncentruję moją energię. Jeśli jest to miłość i dobro, to moje serce będzie żyło miłością i dobrem. Będzie żyło w niebie. A jeśli jest to Mamona? Czy wtedy moje serce nie stanie się uczestnikiem nieskończonego wyścigu o dobra tego świata? Czy takie serce będzie żyło miłością i dobrem? Czy też będzie żyło zyskiem i stratą? Gdzie jest mój skarb? Nie można służyć jednocześnie Bogu i Mamonie. Trzeba się zastanowić, co jest moim celem? Miłość? Czy może Mamona?

wtorek, 26 stycznia 2010

Post

Pora w naszych rozważaniach, na temat Kazania na Górze, zająć się postem. Chrystus mówi:

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

O tym, że z punktu widzenia realizacji Królestwa Niebieskiego ważna jest czystość zamiaru powiedziane było już w poprzednich fragmentach. Zajmijmy się więc postem. Czym tak naprawdę jest post? Dlaczego jest on ważny w życiu? Dlaczego ma swoje miejsce w tej tzw. Konstytucji Królestwa Niebieskiego?

Pierwsze skojarzenie ze słowem "post", jakie się nasuwa, to asceza. Niezwykle popularna w średniowieczu forma umartwiania się. Wierzono, że dobrowolna rezygnacja z zaspokajania własnych potrzeb, jest drogą do wiecznej szczęśliwości po śmierci. Wiara ta bazuje na (moim zdaniem) naiwnym rozumieniu życia wiecznego na kształt życia doczesnego. Chrystus powstając z martwych, nie wrócił do dawnego życia, ale dostał nowe życie. Życie, którego niesposób rozumieć w tych samych kategoriach, co życie ziemskie. Chrystus żyje w swoim dziele. W kościele, który jest Jego ciałem. W miłości, która jest Jego krwią. Jeśli więc postem nie wykupuje się szczęśliwości w przyszłym życiu, to dlaczego jest on ważny?

Wystarczy znów spojrzeć na życie Chrystusa. On też przeżył okres postu. Symboliczne czterdzieści dni, w czasie których Zły poddawał go niejednej pokusie, a on wyciszając je wszystkie opracował plan swojej działalności. Zrozumiał cel swojego życia. Dzięki odsunięciu od siebie pokus i pragnień Chrystus dotarł gdzieś w samotności do głębi własnego istnienia, by odnaleźć swoją drogę, prawdę i życie. Każdy w życiu potrzebuje takiego momentu na zastanowienie. Na zatrzymanie pędu życia, które polega na nieustannym dążeniu do zaspokajania potrzeb. Każdy potrzebuje chwili ciszy, aby spróbować wejść w głąb i odnaleźć swoją drogę. Aby zrozumieć co jest dobre, a co złe. Aby podejmować właściwe decyzje.

Taki post, nigdy nie jest na pokaz. Jeśli tak zrozumiemy post, to problemu nie sprawia również zdanie: "A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie". Co mi odda ojciec? To czego szukałem. Owoc mojego życia. Świadomość, że po śmierci, będę żył nadal w dziele mojego życia. Odda mi moją drogę, moją prawdę i moje życie. Czy może być większa nagroda?

sobota, 2 stycznia 2010

Modlitwa

Po dłuższej przerwie proponuję wrócić do niezwykle istotnego tematu, jakim jest Kazanie na Górze. Kolejny fragment mówi o modlitwie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.
Wy zatem tak się módlcie:
Ojcze nasz, który jesteś w niebie,
niech się święci imię Twoje!
Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj;
i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili;
i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!
Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski.
Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.

Pierwsze wersety mówią o intencjach i pozorach. Nie ma tu wielkiej różnicy, w porównaniu do poprzednio analizowanego fragmentu. Intencja modlitwy musi być czysta, aby modlitwa mogła być skuteczna. Jednak na czym w ogóle polega modlitwa? Myślę, że kolejne wersety mogą pomóc odpowiedzieć na to pytanie.

Chrystus uczy słów modlitwy "Ojcze nasz". Mówi: "niech się święci imię Twoje, niech przyjdzie królestwo Twoje, niech Twoja wola spełnia się". Typowo modlitwę rozumie się jako prośby skierowane w stronę Boga. Spróbujmy jednak popatrzeć na to z innej strony. Słowo "niech" sugeruje pragnienie. Nie sądzę, żeby Chrystus sugerował nam bierną postawę i czekanie na spełnienie prośby. Wypowiadanie tych słów nie jest prośbą ale obietnicą. "Niech się święci imię Twoje" oznacza "Zrobię coś, żeby się Twoje imię święciło". I analogicznie "Będę realizował Twoje królestwo", "Będę spełniał Twoją wolę".

Modlitwa przestaje być listą życzeń, ale staje się obietnicą składaną przeze mnie Bogu. Bóg bowiem zgodnie z tym, co mówi Chrystus, wie dobrze czego potrzebujemy, więc nie musimy "być gadatliwi". Spełniajmy jego wolę, a będziemy szczęśliwi. Jaka jest Jego wola? "Przykazanie nowe daję Wam, abyście się wzajemnie miłowali". Z tego przykazania wynika bezwarunkowy obowiązek przebaczania sobie wzajemnie win. Bóg wszakże jest miłością. Czy potrzeba nam czegoś ponad dobro i miłość? Jeśli nie, to nad czym się tu zastanawiać? Realizujmy Królestwo Niebieskie.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Jałmużna

Kontynuując rozważanie Kazania na Górze, czytamy:

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Wyłania nam się obraz Boga-podglądacza, który śledzi każdy mój krok i skrupulatnie odnotowuje moje złe i dobre uczynki, aby stosownie do bilansu mi odpłacić. Oczywiście intencje są ważne, dlatego czynienie jak czynią obłudnicy, wbrew zasadom utylitaryzmu, wcale nie jest dobre. Kto zatem widzi moje dobre dzieła jeśli nie robię ich na widoku? Czy mają je widzieć ludzie obok? Czy robi to Bóg-podglądacz? A może jest inna możliwość?

W tej całej sytuacji uczestniczy drugi człowiek. Ten, któremu daję jałmużnę. Ten, któremu jałmużna jest potrzebna. On widzi Twój dobry uczynek, nawet jeśli nie wie, że to Ty jesteś dobroczyńcą. Jemu dajemy to, czego potrzebuje. On zaczyna rozumieć miłość, której doświadczył. Czy Jego życie, radość, miłość nie są wystarczającą nagrodą? On jest Ojcem, który widzi w ukryciu i to On oddaje Tobie w postaci życia, radości i miłości. Boga należy szukać właśnie tam - w twarzy każdego napotkanego człowieka.

Przytaczałem już słowa z książki Nikosa Kazantzakisa pt. Chrystus ukrzyżowany po raz wtóry (tutaj). Ojciec Manasis, który zbierał całe życie środki, aby pojechać do Ziemii Świętej, by złożyć pokłon Chrystusowi, spotkał go w pierwszym napotkanym potrzebującym człowieku. Zresztą również Ewangelia nie pozostawia niedomówień. Mówi przecież Chrystus: Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, mnieście uczynili. Czy można zignorować tak spotkanego Boga? Czy to spotkanie nie jest najlepszą nagrodą? Jak inaczej można sobie wyobrazić niebo? Niebo jest tam, gdzie Bóg. Spotykając Boga na ziemii, już tu doświadczamy nieba.

piątek, 19 czerwca 2009

Czystość zamiarów

Drugi rozdział Kazania na Górze, a szósty Ewangelii wg św. Mateusza, rozpoczyna się słowami:

Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Temat stanowi ciekawą kontynuację poprzedniej myśli, a więc rozważań, co jest ważniejsze - motywacja czy efekt działań. W zacytowanym fragmencie, Chrystus wyraźnie wskazuje, że zamiary są ważne. Nie oznacza to jednak, że efekt ważny nie jest. W innym fragmencie, Chrystus mówi: Po owocach ich poznacie. A więc ważne są zarówno zamiary jak i efekty. Jednak tutaj skupmy się na zamiarach.

Oczywistym jest, że nie należy robić czegoś specjalnie, aby ludzie to widzieli. A jednak z drugiej strony, zadaniem chrześcijanina jest dawanie świadectwa. Czy to świadectwo jednak ma być motywem? Czy jest ono tylko efektem działania? Motywem musi być zawsze drugi człowiek. Zgodnie z tym, co pisze Kant: Postępuj tak, abyś człowieczeństwo tak w swojej osobie, jak też w osobie każdego innego używał zawsze jako celu, nigdy jako środka. Celem musi być człowiek. Natomiast jednym z efektów jest świadectwo, które ma moc poruszenia innego człowieka.

Chrystus mówi o nagrodzie u Ojca, który jest w niebie. Czy zatem wszystkie dobre czyny mają być robione dla nagrody? Jednak czym jest ta nagroda? Niebo definiuje się jako miejsce, w którym jest Bóg. Jezus definiuje Ojca, jako tego, który jest w niebie. Na podstawie tych definicji nie sposób zrozumieć tych pojęć. Chrystus mówi, że to On jest drogą, prawdą i życiem. Mówi także: ja i ojciec, jedno jesteśmy. Natomiast siebie każe szukać w twarzy potrzebujących ludzi. A więc może właśnie w twarzy tego drugiego człowieka, któremu udzieli się pomocy, wobec którego nie przejdzie się obojętnie, gdy wysłucha się jego prośby: Nie zabijaj; może właśnie w tej twarzy należy szukać nagrody. A czy sam uczynek wykonany w czystych intencjach nie jest wystarczającą za niego nagrodą? Może kiedyś sytuacja się odwróci i ten sam Chrystus, któremu udzieliłem pomocy, pomoże również mnie? Może to właśnie Chrystus rozumie jako nagrodę u Ojca, który jest w niebie?

sobota, 23 maja 2009

Miłość nieprzyjaciół

Pierwszy rozdział Kazania na Górze (czyli piąty rozdział Ewangelii wg św. Mateusza) traktuje o miłości do nieprzyjaciół:

Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

Niestety prawda bardzo często jest bolesna. Trudno człowiekowi patrzyć na kogoś, kto go skrzywdził, a komu powodzi się lepiej. Naturalną reakcją na taką sytuację jest zwątpienie w sprawiedliwość. Tymczasem Chrystus każe nam takiego człowieka miłować. Dlaczego? Bo to jest człowiek. Bo jest mi równy. Bo tak samo nad nim jak nade mną wschodzi słońce. I tak samo na mnie jak i na niego spada deszcz.

Przecież nie sieję miłości, gdy pokocham kogoś, kto mnie pokochał. Nie kochając tkwiłbym w impasie. Pokocham dopiero kogoś, kto mnie pokocha. Błędnym jest również podejście, w którym oczekuję nagrody w postaci miłości za rozsiewaną miłość. Wielokrotnie trzebaby odbierać to, co raz się dało. Miłość musi być bezinteresowna i taką właśnie jest miłość nieprzyjaciela.

Ale czy to jest możliwe? Czy człowiek jest w stanie pokochać swojego nieprzyjaciela? Czy jest w stanie pokochać bezinteresownie? Chrystus wierzy, że tak. Każe mi być doskonałym, jak doskonały jest mój Ojciec. I tu tkwi wielkość nauki Chrystusa. Chrześcijaństwo to nie jest tylko historia człowieka, który uwierzył w Boga, ale również historia Boga, który uwierzył w człowieka. Skoro Chrystus wierzy, jak więc ja mogę nie wierzyć, że człowiek jest w stanie przekroczyć własne ego i bezinteresownie pokochać nawet własnego nieprzyjaciela? Bo czym innym jest Zbawienie, jeśli nie budowaniem tu na ziemi, Królestwa Niebieskiego?

Czy to zadanie da się wykonać? Chrystus dał świadectwo, że tak. Nie warto wierzyć, że dzięki wierze, życie będzie proste. Bynajmniej. Żyć zgodnie z nauką Chrystusa to nieść krzyż i cierpieć razem z Nim. "Jakże ciasna brama i wąska droga wiodąca do życia!".

sobota, 28 marca 2009

Prawo odwetu

W moich refleksjach na temat Kazania na Górze, pora poruszyć kwestię, która budzi chyba największy opór - Prawo odwetu.

Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.

Czy Chrystus każe nam stać biernie wobec zła, które nam ktoś wyrządza? Czy taka postawa jest w ogóle możliwa? A czy jest moralnie uzasadniona? Paweł z Tarsu w liście do Rzymian pisze: "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj." Św. Paweł wyraźnie sprzeciwia się takiej postawie. Każe podjąć walkę ze złem.

Wydaje mi się, że spór pomiędzy tymi dwoma podejściami jest jedynie pozorny. Trzeba przyznać, że najczęściej walka ze złem polega na jego niszczeniu, a to sprowadza się często do odpowiedzi złem za zło. Zgodnie z zasadą "oko za oko i ząb za ząb". Odpowiedź złem na zło prowadzi w linii prostej do porażki z tymże złem. Takiej właśnie zasadzie sprzeciwia się Chrystus. Warto teraz na słowa Kazania na Górze spojrzeć z perspektywy słów Listu do Rzymian. Trzeba zwyciężać zło, ale orężem w tej walce nie może być zło, tylko dobro.

W jednym z moich pierwszych wpisów (tutaj) poruszyłem kwestię nadstawiania lewego policzka. W skrócie więc tylko przypomnę treść. Człowiek praworęczny, żeby uderzyć kogoś w prawy policzek, musi wykonać cios zewnętrzną częścią dłoni. Taki cios stosuje pan wobec swojego niewolnika. Taki cios więc znieważa osobę, której jest wymierzony. Nadstawienie lewego policzka, mówi: "OK. Uderz mnie jak chcesz, ale uderz mnie jak równy równego. Uderz wewnętrzną stroną dłoni." Paradoksalnie więc nadstawienie drugiego policzka jest manifestem własnego honoru i człowieczeństwa. W ten sposób zło, które ktoś chce nam wyrządzić poniżając nam, zwyciężamy dobrem. Gdybyśmy uderzyli tę osobę w prawy policzek, to zamiast zwyciężyć zło dobrem, popadlibyśmy w łańcuch zła, który nieuchronnie prowadzi do porażki.

"Temu kto chce wziąć twoją szatę, oddaj i płaszcz." Znów pozornie trudne zadanie trzeba rozpatrzeć z punktu widzenia dobra i zła. Gdy ktoś zabiera nam szatę, robi to bez naszej zgody. Gwałci w ten sposób jedno z praw, które mnie jako człowiekowi przysługuje. Gwałci prawo do własności. W konsekwencji poniża moją osobę odbierając swobodę postępowania z własnym mieniem. Prawo odwetu, pozwalałoby nam również zabrać jego mienie bez jego zgody. Jednak to równoznaczne byłoby odpowiedzi złem na zło i prowadziło do nieskończonego ciągu zła. Zamiast tego Chrystus proponuje nam inną strategię. Dajmy jeszcze płaszcz osobie, która chce nam zabrać szatę, a tym samym uratujemy naszą godność człowieka, który ze swoją własnością postępuje w zgodzie z własnym sumieniem. Cóż bowiem znaczy strata materialna?

Dokładnie tę samą strategię można zastosować w przypadku, gdy ktoś zmusza nas do przemierzenia z nim tysiąca kroków. W tym wypadku zaatakowana zostaje nasza wolność. Pokażmy więc, że z własnej woli pójdziemy z nim dwa tysiące, aby fakt, że w ogóle idziemy wypływał nie z czyjegoś przymusu ale z naszej własnej wolności.

W tych wszystkich przypadkach strategia dobra jest niejako odpowiedzią na zło, które ktoś nam chce wyrządzić. Jednak w ostatnich słowach, Chrystus zaleca nam stosowanie dobra, nie tylko jako oręż w walce ze złem, ale również jako nasze codzienne postępowanie. "Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie." Może właśnie dzięki temu zapobiegniesz, jakiemuś złu, które może wynikać ze smutnej konieczności osoby potrzebującej. Uprzedzając zło, zwyciężasz je w zarodku.

czwartek, 19 marca 2009

Ósme przykazanie

Kolejny fragment Kazania na Górze, którego tekst staram się przybliżyć i zgłębić mówi o tym, o czym niedawno miałem okazję pisać (tutaj). Znaczenie słów. Oto co znajdujemy w Ewangelii:

Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.

Tak, tak; nie, nie. Czyli niech "tak" oznacza "tak", a "nie" niech oznacza "nie". Wspieranie słów przysięgami, przyrzeczeniami, rzekomym autorytetem, nadawanie im uroczystego charakteru, może delikatnie sugerować, że samo słowo wypowiedziane, nie jest samo przez się nośnikiem prawdy. Dopiero nadanie słowu charakteru przysięgi zobowiązuje mówiącego do prawdomówności.

Może Chrystus wypowiadając te słowa, chce nas zachęcić do większej roztropności i odpowiedzialności za wypowiadane słowa. Niech one zawsze będą zgodne z prawdą, a wtedy wszelkie przysięgi staną się zupełnie zbędne. Przecież Imię Boga jest zarezerwowane do spraw ważnych. Drugie przykazanie mówi: Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego na daremno. Nie służy ono przeto by nadawać swoim słowom status autentyczności. Przysięgając, wzywamy właśnie Jego imienia. A tak naprawdę tak niewiele trzeba, by słowa były wiarygodne. Wystarczy mówić prawdę na codzień. Wystarczy nie przyzwyczajać się do kłamstwa. Nie używać kłamstwa dla wygody.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na ostatnie słowa: A co nadto jest, od Złego pochodzi. Jezus nie tylko poleca nam mówić prawdę, ale zwraca uwagę na podejrzany charakter sytuacji, w której ktoś Boskiego imienia wzywa do uwiarygodniania własnych słów. Może pochodzi to od Złego, właśnie w tym sensie, że to powszechność używania przysięgi dewaluuje znaczenie prostych słów. Może to z kolei prowadzi do lekceważenia kłamstewek, a w następnej kolejności poważniejszych kłamstw. Może to właśnie jest źródło powszechnego zakłamania, które jest scenariuszem przez Złego wymyślonym, aby zniewolić człowieka?

piątek, 9 stycznia 2009

Szóste przykazanie

Idąc dalej szlakiem Kazania na Górze, czytamy następujące słowa:
Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.
Powiedziano też: Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. A ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę - poza wypadkiem nierządu - naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa.
Jezus nie kwestionuje szóśtego przykazania, ale je objaśnia. "... już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa". Czy oznacza to, że już popełnił zło? A może, że już jest na drodze do jego popełnienia? Czy Jezus potępia "pożądliwe spojrzenie"? Myślę, że odpowiedzi dostarczają kolejne zdania, w których Jezus radzi pozbawiać się członków, które są przyczynami grzechu. Taką przyczyną jest właśnie owo spojrzenie. Trzeba się go wystrzegać, aby w konsekwencji nie wyrządzić zła.

Chrystus wie i ostrzega nas, że istnieje Zły, który oskarża człowieka. Który zna jego słabości na wylot i idealnie podsuwa pokusy tam, gdzie najpewniej człowiek im ulegnie. Zły nie popełnia zła własnymi rękami. On potrzebuje do tego naszych rąk, tak jak Bóg potrebuje naszych rąk do zbawienia świata. A my musimy nauczyć się wystrzegać pokus i walczyć ze słabościami, aby nie realizować planów Szatana. Jeśli się nie uda, on bezbłędnie i bezlitośnie nas wykorzysta, aby móc nas oskarżyć przed Bogiem, przed drugim człowiekiem oraz przede wszystkim przed nami samymi. Im większe zło popełnimy, tym trudniej będzie nam pogodzić się z samym sobą. I całe nasze ciało znajdzie się w piekle. Czy jest z niego wyjście?

Odpowiedzi na to pytanie można doszukać się w ostatnim zdaniu. Chrystus krytykuje oddalenie żony, ponieważ naraża ją to na cudzołóstwo. Czy nie kryje się tu nałożenie na człowieka specjalnej odpowiedzialności za bliźniego? On sam na krzyżu zaświadczył o tej odpowiedzialności. O miłości. Kiedy, ktoś znajduje się w piekle, to tylko miłość, mocą krzyża, może go z tego wyciągnąć. Czy mówiąc o nierozrywalności małżeństwa, Chrystus nie chce nam powiedzieć o nierozrywalności miłości, której pieczęcią jest właśnie Jego krzyż?

niedziela, 23 listopada 2008

Piąte przykazanie

Kontynuując rozważania Kazania na Górze, trafiamy na następujący fragment:
Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: "Bezbożniku", podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz.
Jezus nie tylko potwierdza słowa, które wypowiada każda bezbronna twarz w konfrontacji z drugim człowiekiem. Sięga głębiej. Do źródła zła. Źródło jest w człowieku. Gniew. Przy czym nie jest to mowa o gniewie na zło. Do takiego gniewu jesteśmy przecież zobowiązani. Źródłem zła jest gniew na człowieka. Najważniejszym przykazaniem jest przykazanie miłości. To z miłością trzeba zawsze podejść do człowieka, a nie z gniewem. Miłość ucieleśnia się w przebaczeniu. Jezus każe godzić się ze swoimi przeciwnikami, dopóki jesteśmy z nim w drodze.

O jaką drogę chodzi? O przyjaźń? Może o znajomość? A może o życie? Tak, czy inaczej, będąc w drodze mamy jeszcze szanse się pogodzić. Jak któryś z nas z drogi zejdzie, pogodzenie się będzie trudne, a przecież wybaczenie jest warunkiem wybaczenia naszych własnych win. Modlimy się przecież: "Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy". Kiedy w końcu człowiek zrozumie, że "oko za oko" nie jest zasadą, która przerywa zło? Ta zasada nakręca tylko spiralę nienawiści. Czy nie lepiej przerwać ją, póki zło ma jeszcze niewielkie skutki? Jeśli teraz nie przerwiemy łańcucha zła, to kiedy? Później będzie za późno. Dobro trzeba czynić teraz.

Skoro to my jesteśmy nowym Ciałem Chrystusa, to weźmy pod uwagę, że nasza nienawiść jest jak rana na tym ciele, a pojednanie jak balsam. Jeśli pojednanie zbudujemy w obliczu prawdy, to uleczymy ranę, samemu przyczyniając się do Zmartwychwstania Pańskiego.

piątek, 29 sierpnia 2008

Jezus a Prawo

Wróćmy do rozważania tekstu Kazania na Górze. Oto, co Jezus mówi w kolejnym fragmencie:
Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
W słowach tych Jezus opowiada się za przestrzeganiem Prawa. Jak zinterpretować więc jego czyny? Dlaczego uzdrawia ludzi w Szabat? Dlaczego wygania handlarzy ze świątynii? Dlaczego ratuje Magdalenę, która zgodnie z Prawem powinna być ukamienowana.

Zwróćmy uwagę na słowo: "wypełnić". Czy chodzi o postępowanie zgodne z Prawem? A może chodzi o to, że Prawo samo w sobie jest puste. Jezus w Kazaniu na Górze próbuje wypełnić tę pustkę. Stawia miłość bliźniego w centrum Prawa. Potwierdza to odpowiedź, jakiej udziela Jezus faryzeuszowi na pytanie: Które z przykazań jest najważniejsze? Jezus bez zawahania odpowiada, że przykazanie miłości. Jest to Prawo, któremu wszystkie inne przykazania są podporządkowane.

A jak wygląda codzienne życie Kościoła? Czy Prawo, które stosujemy, przestrzegając świąt i postów, nie jest pustą oprawą? Pozwólmy Chrystusowi wypełnić to Prawo tak, aby było dla nas źródłem mądrości i drogowskazem przez życie. Pamiętajmy, że to Jezus jest drogą, prawdą i życiem.

wtorek, 1 lipca 2008

Zadanie uczniów

Po dłuższej przerwie wrócę do rozważań na temat Kazania na Górze. Kolejny po błogosławieństwach fragment nosi tytuł Zadanie uczniów. Za bardzo naiwną uważam interpretację, że są to słowa skierowane do przyszłej kościelnej hierarchii. Uczniem przecież jest każdy z nas. Każdy kto podjął wyzwanie, aby wejść z Chrystusem na tę symboliczną przecież Górę. Oto co mówi Jezus do każdego z nas:

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.

Pierwsze porównanie wydaje się być przestrogą. Jeśli podejmujemy się zadania, to nie możemy się wycofać. W jakim stopniu będziemy wiarygodni, jeśli sami stracimy smak, który mamy nadawać ziemii? Kto nam nada ten smak, skoro to my mamy go nadawać? Zostaniemy wyrzuceni i podeptani, ale nie jest to kara za nasze zło, ale oczywista jego konsekwencja, którą sami sobie zgotujemy.

Drugie porównanie jest naszym zadaniem. Mamy być światłem świata. Czym jest światło? Dzięki niemu potrafimy wyodrębniać inne obiekty na świecie. Dzięki nam drugi człowiek ma wiedzieć co dobre, a co złe. Mamy świecić nie słowem, a przykładem, aby ludzie widząc nasze uczynki, a nie słowa chwalili Ojca. To przecież o miłości i dobru Ojca mamy świadczyć.

Szczególnie ważne wydaje mi się, że mamy być "miastem położonym na górze". Na górze, na którą weszliśmy za Panem. Takie miasto nie może się ukryć. To Kościół jest tym miastem, które ma za zadanie wypełniać wolę Pana. Powtarzamy przecież często:

"Święć się Imię Twoje, Przyjdź Królestwo Twoje, Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi"

Czy jest to prośba? Wydaje mi się, że to jest nasze zobowiązanie. Powierzając Bogu pomyślność naszych zamiarów, deklarujemy się, że będziemy święcić Imię Pana, że będziemy wprowadzać w życie Jego wolę, oraz realizować tu na ziemii Jego Królestwo, na które przepis zawarty jest w tym wspaniałym dziele jakim jest Kazanie na Górze.