wtorek, 27 października 2009

... mrok ogarnął całą ziemię ...

Nie wiem dlaczego, ale dziś rano przyszło mi do głowy ukrzyżowanie. Może jako wynik moich przemyśleń na temat jakości życia. Chrystus rezygnuje z życia zgodnego z modelem wówczas obowiązującym. Rezygnuje z żony, rodziny, pracy. Czas poświęca nauce, świadectwu i modlitwie. Mówi, że kto chce iść za nim, niech się zaprze samego siebie i naśladuje go biorąc swój krzyż. Przyszedł mi do głowy ten fragment:

Od godziny szóstej mrok ogarnął całą ziemię, aż do godziny dziewiątej. Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eli, Eli, lema sabachthani?».

Co to właściwie oznacza? Skąd to dramatyczne wezwanie. Chrystus pyta: czemuś mnie opuścił. Czy chodzi o to, czemu posłał Bóg Chrystusa na krzyż? A przecież Chrystus w końcowej fazie wiedział już, że idzie na krzyż. Co oznacza, że mrok ogarnął całą ziemię? Z przypisów wiemy, że nie było to zaćmienie słońca, bo księżyc w tym czasie był w pełni.

Nikos Kazantzakis w Ostatnim Kuszeniu Chrystusa podsuwa interesującą interpretację. Te symboliczne trzy godziny, w których Chrystus wisiał opuszczony na krzyżu, wykorzystał szatan, aby jeszcze raz spróbować zwieść go z obranej drogi. Podsunął mu wizję długiego, szczęśliwego życia u boku żony, z gromadką dzieciaków. Czy po to, żeby Chrystus zrezygnował i przeżył? Może. A może po prostu po to, żeby obudzić w nim żal i bunt. Żeby Chrystus na krzyżu pożałował swojej decyzji i zwrócił się przeciwko swoim oprawcom zamiast im wybaczyć i dać ostateczne świadectwo.

Mrok ogarniający ziemię oznaczałaby zatem, że w tym czasie toczy się dramatyczna walka Chrystusa. Że losy świata właśnie się ważą i wynik walki nie jest wcale przesądzony. W walce tej Chrystus jest samotny. Sam musi zmierzyć się z kuszącymi wizjami. Stąd i tragiczne zawołanie "czemuś mnie opuścił?". Z walki wychodzi zwycięsko, stąd triumfalne "dokonało się" na końcu.

Chrystus umierając nie stracił życia, ale je dopełnił. Odszedł ze świadomością wykonanego zadania. Uratował swoje życie, zgodnie z wcześniejszą nauką. Mówił wszak, że kto chce zachować życie ten je straci, a kto straci życie z Jego powodu, ten je zachowa. On właśnie tracąc życie, zachował je. Nie było mu ono odebrane, ale sam dopełnił swojego przeznaczenia. Gdyby poddał się wizjom szatana, umarłby ze świadomością życia odebranego. Straciłby życie, chcąc je zachować.

Czy Kazantzakis miał rację? Nie mam pojęcia. Nie ulega wątpliwości jednak, że warto zastanawiać się nad sensem słów Ewangelii. Dzięki temu można odkryć prawdziwy sens nauki Chrystusa!

niedziela, 18 października 2009

Kto Boga Bogiem uczynił?

Jak się zaczęło? Wielki wybuch? Ale co go spowodowało? Spontaniczne ruchy masy kwarkowej? Ale skąd się wzięły te kwarki? Czy w ogóle można mówić o początku? Teorii kosmologicznych jest bardzo dużo, a zmiany ich popularności były bardzo częste na przestrzeni czasu nauki. Niesposób przedrzeć się przez barierę czasu i z całą pewnością odpowiedzieć na te pytania. Umysł ludzki, przyzwyczajony do związków przyczynowo skutkowych, zawsze będzie zadawał pytania o przyczynę.

Podobnie sprawa się ma w przypadku wiary i Boga. Bóg stworzył świat, ale kto stworzył Boga? Skąd Bóg się wziął w Jego własnym świecie? Kto Boga Bogiem uczynił? Podobnie jak w przypadku kosmologii, niesposób przedrzeć się przez barierę oddzielającą nas od tej tajemnicy. Czy Bóg istnieje w jakiejś formie czasu, czy poza czasem? A może to Bóg jest czasem? Zagadka, której rozwiązanie jest nieosiągalne, a jednak rozum ludzki poszukuje odpowiedzi. I nie uspokaja go myśl św. Augustyna, który mówi, że nie trzeba zrozumieć aby uwierzyć, ale uwierzyć aby zrozumieć.

Dziś właśnie przyszło mi do głowy to pytanie. Kto Boga Bogiem uczynił? Gdy mówimy Bóg, od razu staje nam przed oczyma potężny władca, który swoim majestatem wydaje nieodwołalne wyroki. A może właśnie tutaj tkwi błąd, przez który tak trudno pojąć tę tajemnicę? Chrześcijanin wierzy przecież nie w Boga-tyrana, ale w Boga-człowieka, w Chrystusa.

Ponad dwa tysiące lat temu narodził się człowiek, który przez pierwsze trzydzieści lat swojego życia, żył zgodnie z powszechnym modelem i obserwował rzeczywistość. Człowiek ten zrozumiał, że na świecie dzieje się źle i odnalazł tego powód. Sformułował receptę, w postaci Kazania na Górze. Wielokrotnie dawał świadectwo miłości i przebaczenia. Przeciwstawił się obowiązującemu modelowi wiary. Otwarcie wystąpił przeciwko establishmentowi duchowemu (arcykapłani) i politycznemu (faryzeusze). Nakazał swoim naśladowcom szerzyć jego naukę, miłować, pomagać, dzielić się i przebaczać. Walka o te wartości kosztowała go życie i nawet na krzyżu w obliczu zbliżającej się śmierci, dał świadectwo wiary i przebaczył oprawcom. Umarł, ale przeżył. Człowiek umarł, ale Bóg przeżył. Kto go uczynił Bogiem?

Hegel napisał, że człowiek nie jest tym, na kogo wygląda, ale tym, co robi. Chrystus umarł za drugiego człowieka, za zbawienie świata. Czy to nie czyni go Bogiem? Pokłonu temu Bogowi nie oddaje się gestem ani słowem, ale własnym życiem i działaniem.

piątek, 9 października 2009

Wtórne motywacje

Zło musi być ukarane. Dobro powinno być nagrodzone. Czy tak jest? A może nagrodą za dobro jest brak kary za zło? Czy brak zła oznacza dobro? A może wszystkie te pytania są tak samo absurdalne jak wszystkie systemy kar i nagród?

Kara i nagroda z założenia mają być motywacją dla człowieka do zaniechania lub podjęcia odpowiedniego działania. Jednak skoro one są motywacją, to co należy robić, gdy nie ma świadków czynu. Nie ma możliwości ani ukarania, ani nagrodzenia. Czy kodeks moralny przestaje istnieć? Czy system kar i nagród jako motywacja do czynienia zła lub dobra nie prowadzi do tego, że człowiek przestanie rozróżniać co jest naprawdę dobre, a co złe, a będzie tylko wiedzieć, co jest nagradzane, a co karane?

Jeśli człowiek nie zrozumie, że czynienie dobra jest samo w sobie nagrodą za czynienie dobra, a czynienie zła jest samo w sobie karą za czynienie zła (czyli, że czyn sam w sobie znosi znaczenie nagrody i kary), to niesposób uwierzyć w to, że ten człowiek może widzieć swój cel w dobru, którego dokonuje.

A jeśli zrozumie? Może dzięki temu rację przestanie mieć ten, kto ma siłę. Nie ten, który włada aparatem represji będzie decydował, co jest dobre, a co złe. Może wtedy dobro samo w sobie stanie się racją. Nikt nie będzie władał aparatem represji, gdyż represje przestaną mieć jakikolwiek sens. Utopia? Możliwe, bo przecież nikt nie uwierzy, że świat jest idealny. Jednak obowiązek moralny polega na prowadzeniu świata w stronę ideału. Georg Wilhelm Friedrich Hegel w Fenomenologii Ducha zaznacza, że moralność ma prowadzić świat do ideału. Osiągnięcie tego ideału oznaczałoby jednak koniec moralności, gdyż obowiązek przestanie mieć rację bytu.

Nikt jednak nie może zasłonić się nieosiągalnością ideału, ponieważ póki co obowiązek moralny istnieje. Istnieje rzeczywistość, a więc istnieje również dobro i zło. Istniejemy i my w przestrzeni przez nie wyznaczanej. Prawo ma być tylko wtórną interpretacją dobra i zła. Podobnie jak kara i nagroda tylko wtórną do nich motywacją. Niech człowiek rozumie, że zła nie należy popełniać dlatego, że jest złem, a nie dlatego, że grozi za nie kara. Niech czyni dobro, dlatego, że jest to dobro, a nie dla oczekiwanej nagrody. Jeśli zdewaluujemy znaczenie dobra i zła samych w sobie, to co pozostanie na tym świecie? Piękno? Przyjemność? Prawda? A może nuda, banalność i zakłamanie?

czwartek, 1 października 2009

Ciekawy przypadek Romana P.

Cały świat kultury zamarł na chwilę. Wielki światowej sławy reżyser został złapany po trzydziestu latach za seks z trzynastolatką. Zło zdecydowanie zostało przez niego wyrządzone i może imponować konsekwencja, z jaką amerykański wymiar sprawiedliwości ściga złoczyńcę. Warto jednak chyba zastanowić się również nad moralnym zabarwieniem takiego ścigania. Oczywiście ściga się kogoś po to, by go ukarać. Po co jednak karać?

W obecnych systemach prawnych karanie ma trojakie znaczenie: izolacja (niebezpiecznego dla innych osobnika), resocjalizacja (i przywrócenie go społeczeństwu) oraz odstraszanie. Po trzydziestu latach życia tego człowieka w społeczeństwie, chyba nie ma wątpliwości, że pierwsze dwa cele w tym przypadku nie mają żadnego sensu. A więc jedynym celem może być przykład odstraszający innych od dokonywania podobnych czynów i świadomość, że czeka ich za to nieuchronna kara.

Czy jednak, gdy wymierzamy karę jedynie po to by odstraszyć innych nie gubimy czegoś cennego? Czy nie niszczymy człowieczeństwa tego, który wyrządził zło, tylko w imię jakiegoś odstraszania? Kant pisał:

Postępuj tak, abyś człowieczeństwo tak w swojej osobie, jak też w osobie każdego innego używał zawsze jako celu, nigdy jako środka.

Zasadność tej myśli starałem się uchwycić w innym wpisie (tutaj). Karając kogoś jedynie w celu odstraszenia, właśnie traktujemy człowieka jako środek. O moralnym zabarwieniu odstraszania pisałem również w innym wpisie (tutaj) i powtarzanie tych samych przemyśleń jest bezcelowe. Z tych wszystkich przemyśleń wyłania się pytanie. Po co karać starszego człowieka, który nie stanowi żadnego zagrożenia dla społeczeństwa? Odstraszanie? Chyba nie warto. Przecież to też jest człowiek. Odwet? Tego typu instynkty nie mogą być podstawą pozbawienia kogoś wolności. Więc po co?

Odpowiedzi nie widzę. Podsumowaniem niech będzie fragment Władcy Pierścieni JRR Tolkiena, który już wcześniej przytaczałem. Rzecz się ma, gdy po wygranej wojnie i po spełnionej misji Froda, Aragorn odprowadza swoich przyjaciół do granic swego królestwa. Gdy znajdują się w Isengardzie, gdzie Drzewcowi została powierzona wcześniej misja pilnowania złego Sarumana, mądry ent przyznaje, że go wypuścił. Oto co mówi, jako uzasadnienie swojej decyzji:

Tak, poszedł sobie. Wypuściłem go. Zresztą niewiele z niego zostało, jak zobaczyłem, kiedy z Wieży wylazł, a ten gad, który mu dotrzymywał towarzystwa, wyglądał po prostu jak cień. Proszę cię, Gandalfie, nie mów, że obiecałem go przypilnować, bo sam pamiętam to dobrze. Ale wiele się od tego czasu zmieniło. Trzymałem go tutaj, póki groziło, że może nam zaszkodzić. Powinieneś wiedzieć, że nie cierpię więzić żywych istot i nawet takiego podłego stwora nie mogłem więzić w klatce dłużej, niż to było konieczne. Nawet żmiję, gdy jej wyrwano jadowite zęby, można wypuścić na wolność, niech pełza, gdzie jej się podoba.

piątek, 18 września 2009

Słuszna sprawa?

W demokratycznym kraju, aparat państwowy otrzymuje mandat społeczeństwa do sprawowania władzy. Innymi słowy, obywatel dzięki możliwości wolnego wyboru, wybiera ludzi, którzy ustalają granicę tej wolności. W imię czego? Wygody? Dobrobytu? Bezpieczeństwa? Oczywiście władza nie może posunąć się do odebrania wolności ludzi, ponieważ mandat ma jedynie na mocy tej wolności.

Demokratycznie wybrana władza w imię celu, do jakiego została powołana, posuwa się do rozmaitych czynów, z których niektórzy się cieszą, a niektórzy płaczą. Jednak nie wolno zapominać, że jaki cel by nie był, to nie uświęca on w żaden sposób środków wykorzystanych do jego realizacji.

Ciekawy dialog usłyszałem w drugim odcinku serialu Jana Łomnickiego pt. Dom. Mieszkańcy jednej z kamienic wracają po wojnie do zrujnowanej Warszawy. Odbudowują swoje życie wraz z krajobrazem. Szerzy się złodziejstwo, paserstwo i spekulacje. Władza ludowa w imię walki, zagania do robót osoby o to podejrzane. Tak się właśnie stało z jedną z bohaterek. Gdy została już uniewinniona, między nią, a głównym bohaterem (który udowodnił jej niewinność) dochodzi do rozmowy:

- Siedziałam za Niemców i wyszłam psychicznie mocniejsza, a teraz ... . Jak człowiek mało o sobie wie. Nigdy nikomu nie życzyłam źle ... a tam chciałam, żeby tych wszystkich z karabinami zasypał gruz ... i nas razem z nimi.
- Oni muszą ukrócić złodziejstwo, paserstwo. Tylko czasami tak się zdarza, że niewinni wpadają.
- Dla pana to jest może normalne. Wiem, że tak powinno być, ale nie mogę się z tym pogodzić. Jeżeli jakaś sprawa ma wyrządzić krzywdę choćby jednemu człowiekowi, to ta sprawa traci na słuszności.

Myślę, że warto się nad tym zastanowić nie tylko w kontekście tamtego okresu. Również przy podejmowaniu codziennych naszych decyzji i decyzji naszych reprezentantów warto pamiętać, że
żadna walka z patologiami nie może być pretekstem do odbierania wolności niewinnych ludzi, które zawsze jest gwałtem na człowieku. Niezależnie od skali. Nieważne, czy odbierze się wolność całemu narodowi, czy tylko jednemu niewinnemu człowiekowi. Żadna sprawa, pod pretekstem której dokonuje się takich rzeczy nie może być uznana za słuszną!

poniedziałek, 14 września 2009

Wędrówka

Stary testament pełny jest opisów rozmaitych wędrówek. Raz Abraham idący do Ziemii Obiecanej, raz Mojżesz wychodzący z Egiptu, oraz wiele innych przykładów. Myślę, że nieprzypadkowo biblia opisuje wędrówkę. Można te wędrówki potraktować dosłownie, jako opisujące historie wybranego narodu. Historia przymierza, zwątpienia, zdrady i wybaczenia. Wzlotów człowieka, jak i jego upadków. Bezkresu pustyni i znaków od Boga.

Ale może gdzieś pod dosłowną interpretacją, kryje się coś głębszego? Chrystus przyszedł powiedzieć nam, że każdy człowiek należy do narodu wybranego. Może więc historia tego narodu jest historią każdego z nas. Każdy od chwili narodzin idzie przez życie. Podąża przez wielką nieogarnioną pustynię czasu i przestrzeni. Poszukuje sensu własnej egzystencji. Zostawia za sobą ślady i próbuje odczytywać ślady pozostawione przez przodków.

Jest jednak też drugi kierunek wędrówki. Zanurzony w rzeczywistości człowiek, dzień za dniem spędza na tych samych zajęciach. Zamiast wędrować do przodu, wędruje w koło. Zagubiony w świecie usystematyzowanych oczekiwań i utartych przyzwyczajeń człowiek może zapomnieć o sensie własnej egzystencji. Zbliżając się do śmierci odkryje, że nie ruszył się ani o krok od chwili wejścia w tę pętlę.

Może aby się zupełnie nie zapętlić, warto na chwilę się zatrzymać i pomyśleć. Pomyśleć jak wykonywać te cykle wędrówki w taki sposób, aby jednocześnie poruszać się do przodu. Może ponad bieżące cele i obowiązki warto postawić konkretne spotkania z drugim człowiekiem i odczytać w nich znak od Boga. Tak aby wędrówka jaką przemierzamy, była wędrówką w określonym kierunku.

piątek, 11 września 2009

Snowy White - Midnight Blues

Zachęcam do posłuchania pięknego blues'a. Mało kto zna ten kawałek, a szkoda. Cała twórczość tego gitarzysty pozostaje w cieniu, choć zupełnie nie rozumiem dlaczego.



Miłego słuchania!