Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 grudnia 2007

Jednostka, relacja, grupa

Każdemu chyba zdarzyła się sytuacja, że grupa, w której się znajduje wywiera pewnego rodzaju presję, aby zachować się zgodnie z zachowaniem tejże grupy. Pół biedy, gdy zachowanie to nie stoi w sprzeczności z przekonaniem jednostki. Jednak często zdarza się chyba, że sprzeczność zachodzi. Co wtedy wybierzemy? Czy zdedydujemy się postąpić zgodnie z przekonaniami, narażając grupę na utratę spójności, a siebie na represje?

Gdy należąc do grupy działamy niezgodnie z własnymi przekonaniami, przestajemy być grupą, a zaczynamy być armią. Nasza podmiotowość przestaje mieć znaczenie. Stajemy się tylko narzędziem do osiągnięcia celów grupy. Prawidłowo działająca grupa musi opierać się na relacjach. Jednak relacje mogą być zawierane jedynie pomiędzy wolnymi jednostkami.

Filozofia dialogu podkreśla, że aby byt mógł wejść w relacje, musi być odizolowany. Musi stanowić tzw. sobość. Dopiero dwie sobości ukazując Twarze wchodzą w prawdziwą relację. Warunkiem takiej relacji jest więc wolność. Wolność do miłości i wolność do podejmowania decyzji. Jeśli relacje łączą większą ilość sobości, tworzą się grupy. Jeśli wolność jednostki w takiej grupie jest ograniczona, przestaje to być grupą. Staje się to armią realizującą jakiś konkretny program.

Chciałem więc nieco zaburzyć powszechny pogląd, że jednostka działając niezgodnie z działaniem grupy przestaje do niej należeć. Jest odwrotnie. Gdy jednostka działa i zachowuje się niezgodnie z własnymi przekonaniami, przestaje być członkiem grupy, bo tylko działając w wolności może do niej należeć. Czy nie warto zatem zawsze postępować zgodnie z przekonaniem? Czy działając wbrew własnej woli dalej działamy jako człowiek?

środa, 26 grudnia 2007

Tajemnica wcielenia

Publikując poprzedniego posta, dałem się wciągnąć w kampanię wypierania "dzieciątka" przez Santa Clausa. Co mogę powiedzieć? Wpływ mediów i oczywiście mea culpa. W ramach zadośćuczynienia w tym poście spróbuję poruszyć temat, który powinien być kwintesencją każdych świąt Bożego Narodzenia. Tematem tym jest Tajemnica Wcielenia.

Cała sprawa jest bardzo delikatna i trudna do wyobrażenia. Bóg, który jest wielki, ponadczasowy i nieśmiertelny, staje się człowiekiem. Czy staje się pełnym człowiekiem, czy może jest Bogiem w ludzkiej skórze? Czy wie o tym, że jest Bogiem? Przecież człowiek nie zna prawdy. Człowiek jej szuka. Wierzy. Gdyby wiedział i znał prawdę nie musiałby jej szukać, czyli nie musiałby wierzyć. Czy Jezus wierzył czy wiedział? Na te pytania możnaby sobie długo dyskutować, co zresztą od samych początków dyskutowali teologowie. Szukanie odpowiedzi na to pytanie na pewno zostanie poruszone niebawem w niejednym poście.

Ważną rzeczą, którą wiemy, jest to, że Bóg pozbawił się wszystkiego i pojawił się przed człowiekiem jako bezbronne dziecko. Dialogiści (Emmanuel Levinas) powiedzieliby, że Bóg pokazał swoją Twarz. Pokazanie Twarzy jest konieczne przy wchodzeniu w relację. Bóg więc pragnie wejść w jakąś relację z każdym z nas. Według innego dialogisty, Franza Rosenzweig'a relacją między Bogiem, a człowiekiem jest Objawienie. Bóg przez Jezusa objawia nam swoją istotę. Dalsze życie Jezusa pokazuje nam dokładnie jaki jest Bóg. Sam zresztą Jezus mówi: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem". Całe życie Jezusa opisane na kartach Ewangelii jest przykładem bezbronnego stawania naprzeciw drugiego człowieka. Czy my potrafimy iść za przykładem Jezusa? Przecież do tego On sam nas powołuje. Każe zaprzeć się samego siebie i go naśladować. Czy sprostamy zadaniu? Czy chociaż spróbujemy?

sobota, 8 grudnia 2007

Moralność odstraszania

Jeśli nawet nie spotyka nas osobiście, to potrafimy sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś wyrządza nam jakieś zło. Może to być coś błahego lub coś bardzo ciężkiego. Rozpiętość skutków zła jest bardzo duża. Naturalną rzeczą jest, że w takiej sytuacji oczekujemy, że ktoś za owo zło, które nam wyrządził poniósł karę. Jednak czy zastanawiamy się w ogóle dlaczego? Czy oczekiwanie kary nie jest po prostu pragnieniem zemsty?

W ujęciu ogólnym karanie ma trojakie cele. Pierwszym takim celem jest izolacja. W naturalny sposób, jeśli ktoś jest skłonny do popełnienia jakiegoś przestępstwa i co najważniejsze udowodnił to popełniając je (nie wolno nam karać za zło niepopełnione), potrzebna jest ochrona reszty społeczności przed groźbą ponownego jego popełnienia. Drugim ważnym celem jest resocjalizacja. Podczas odbywania kary, trzeba próbować przystosować jednostkę do ponownego życia w społeczeństwie, bez narażania tego społeczeństwa na groźbę ponownego doznania tego samego zła. Ostatnim celem jest odstraszanie. Duża część społeczeństwa uważa, że jest to najważniejszy z celów. Kara musi być na tyle surowa, żeby odstraszała potencjalnych przestępców.

O ile zgadzam się w pełni z dwoma pierwszymi celami, to nie mogę zgodzić się z ostatnim. Odstraszanie jest celem, który narzuca środki. Nie wątpię, że odstraszanie jest skuteczne. Gdy ktoś boi się kary, może z obawy nie popełnić zbrodni. Na pewno więc odstraszanie jest uzasadnione, gdyż ochrania społeczeństwo przed złem. Nie dajmy jednak wmówić sobie, że cel uświęca środki. Bycie chrześcijaninem zobowiązuje, a sądzę również, że bycie człowiekiem zobowiązuje do tego samego. Gdy karając człowieka za zło, robimy to po to by odstraszyć innych, człowieka tego traktujemy jako narzędzie do osiągnięcia celu. Pamiętajmy, że człowiek nigdy nie może być narzędziem. Zawsze musi być celem. Przyzwalanie, aby człowiek był narzędziem, jest jego uprzedmiotowieniem. Uprzedmiotowienie jest utratą szacunku do istnienia, do Twarzy. I choć cel jest szlachetny nie używajmy do niego takich środków.

Zamiast odstraszania, dobrze by było wprowadzić inne kryterium ponoszenia odpowiedzialności. Zadośćuczynienie. Człowiek winny zła powinien je naprawić. Odpłacić społeczeństwu, jednak musi to nastąpić z jego własnej woli, która ukształtuje się w wyniku resocjalizacji.

Jaką przewagę ma kara śmierci nad karą więzienia? Taką, że odstrasza. Że możemy użyc tego człowieka jako narzędzia. A co tracimy? Tracimy szansę ratowania istnienia. Przecież człowiek jest z natury dobry. Uratujmy to dobro zamiast je zabijać. Nawet jeśli musimy ponieść koszty resocjalizacji, myślę, że warto dla ratowania jednego zagubionego człowieka.

czwartek, 6 grudnia 2007

Człowiek, równa się Twarz

Poruszyłem ostatnio temat Twarzy z rozważań Emmanuela Levinasa. Udało mi się znaleźć na stronie Polskiej Sieci Filozoficznej, następujący opis pojęcia "Twarz".

Zasadniczym pojęciem określającym złożoność i doniosłość relacji międzyludzkich jest „twarz”. Twarz to człowiek w najprostszej formie, to obnażona ze wszystkiego istota ludzka. Przez twarz Levinas rozumie interakcję z innym. To ona pierwsza zostaje zauważona i w niej zawarty jest cały dramat człowieka. Twarzy nie poznaje się, bo kontakt z twarzą jest etyczny a nie epistemologiczny, Nie można mówić w kontakcie z nią, o percepcji, bo jest ona charakterystyczna dla relacji człowieka z przedmiotem. „Najpierw jest sama prawość twarzy, jej prawe i bezbronne wystawienie. Skóra twarzy pozostaje najbardziej nagą, najbardziej obnażoną. (...) w twarzy jest bowiem pewne podstawowe ubóstwo; dowodem jest to, że próbujemy maskować to ubóstwo przyjmując różne pozy i miny”. Relacja z twarzą jest tą, z której wynikają wszystkie inne relacje, jest w stosunku do nich także pierwsza. W relacji z twarzą jest się za nią od razu odpowiedzialnym.

Twarz związana jest ze zmysłowością. Rozkoszowanie przeciwstawia Levinas percepcji: „Tylko relacja z innym człowiekiem wprowadza wymiar transcendencji i prowadzi do całkowicie innego stosunku niż doświadczenie w zmysłowym sensie terminu, względne i egoistyczne”. Percepcja to mniej doskonały sposób doznawania. W twarzy poznajemy drugiego lepiej niż przez zmysły. Objawienie twarzy to maksymalne zbliżenia się do człowieka, to próba spotkania i nawiązania kontaktu.


Długo zajęła mi próba zanalizowania tego opisu. Jednak jego złożoność odzwierciedla chyba dokładnie skomplikowanie całego zagadnienia.

Skoro Twarz jest obnażona z wszystkiego, to nie wiąże się z żadnymi myślami, przekonaniami, wiedzą, wiarą. Można więc przypuszczać, że Twarz to jest coś, co łączy wszystkich ludzi. Ale skoro jest istotą człowieczeństwa, a każdy człowiek jest unikalny, to jak może to być element wspólny?

Co powoduje, że mogę powiedzieć: "ja jestem"? Głos płynie z gardła lub przepony na polecenie mózgu, jednak jakie jest znaczenie tego, że "jestem"? Wyobraźmy sobie trzy identyczne osoby, o zbliżonych przekonaniach, takim samym wyglądzie i tej samej wiedzy. Każda z nich wypowiada słowa: "ja jestem". Czy jest jakaś różnica? Oczywiście, że tak. Różnicą jest to owo: "ja". Każde z tych trzech "ja" jest inne bo jest inną osobą. Właśnie to "ja" to musi być Twarz. "Ja" nie składa się z żadnych elementów. Jest najprostszą formą człowieka. Dopiero to gołe "ja" zostaje wzbogacane różnymi atrybutami, przez pryzmat których oceniamy człowieka. Jednak w każdej ocenie musimy pamiętać, że to jest tylko pewnego rodzaju fasada pod którą kryje się prawdziwa Twarz, która mówi: "nie zabijaj!".

Jest to, moim zdaniem, wystarczający argument przeciwko aborcji i karze śmierci. W obydwu przypadkach, mamy do czynienia z tym "ja", którego nadbudowa jest nieprzekonująca lub mordercza, ale które samo w sobie jest dobre i bezbronne.

Na zakończenie tych rozważań przytoczę historię opowiadaną często przy poruszaniu tematu Twarzy przez dominikanina o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego. Sprawa ma miejsce bodajże w Persji w czasie wypraw krzyżowych. Podczas oblężenia stolicy, do miasta zapukał bezbronny św. Franciszek i poprosił o rozmowę z szachem. Rozmawiali m.in. o chrześcijaństwie. Po rozmowie, szach zaznaczył, że gdyby tak wyglądała ewangelizacja, w jaki sposób ta rozmowa i postawa Franciszka, to pewnie dałby się przekonać. Jak jednak ma się filozofia i nauka miłości do armii mordujących rzekomo w jej imię?

Nie bójmy się więc odsłonić Twarzy. Jest ona bezbronna, ale może dotknąć Twarzy drugiego.

niedziela, 2 grudnia 2007

Dekretowanie solidarności

Od dwóch lat mamy do czynienia z pojęciem "Polska solidarna". Powstała nawet sejmowa komisja dla realizacji takiej koncepcji. Zastanawia mnie jednak, czy to ja czy może twórcy tej idei nie rozumieją słowa "solidarny".

Według słownika Władysława Kopalińskiego "solidarny" oznacza:

poczuwający się do współodpowiedzialności, współdziałania; mający zgodne z kim poglądy, interesy, cele; jednomyślny.

Z tej definicji wynika, że bycie solidarnym wymaga kogoś drugiego. Być solidarnym z kimś. Z kim zatem państwo może być solidarne? Są dwie możliwości. Albo solidarne z wszystkimi obywatelami, albo solidarne, z tymi, którzy wymagają solidarności. Jednak nie na tym chciałbym się skupić. Próbuję zrozumieć w jaki sposób państwo może być solidarne z jakimkolwiek obywatelem. Przecież każdy człowiek ma inne cele, inne interesy i inne poglądy, że nie wspomnę o myślach. Państwo nie może być solidarne z celami, interesami i poglądami każdej jednostki.

Tylko jednostka może być solidarna. Państwo jednak nie składa się z jednostek. Z jednostek składa się naród, ale aby naród był solidarny z kimś, potrzeba jest oddolnej solidarności obywateli, a nie solidarności zadekretowanej na górze. Hasło "Polska solidarna", ma sens tylko wtedy, gdy realizowane będzie w oparciu o wolność każdego z obywateli. Próby realizacji podobnych koncepcji bez uwzględnienia wolności jednostki były przeprowadzone m.in. w Związku Radzieckim, a także w PRL-u. Czy solidarność można wymusić? Nie. "Polska solidarna" nie może być programem politycznym, żadnej partii, a jedynie ruchem oddolnym, dobrowolnie realizującym podstawowe jego założenia.

Wspaniały przykład solidarności mieliśmy w Polsce w latach 80. Dzięki wspólnemu działaniu Polaków (a nie Polski), wywalczyliśmy wolność. Wtedy to bardzo popularnym hasłem było: "Nie ma wolności bez solidarności". Jednak również wtedy Jan Paweł II powiedział: "Nie ma solidarności bez miłości". Tylko miłość do drugiego człowieka, może wyzwolić w nas odruch solidarności z nim.

Kiedy o tym piszę, na myśl przychodzi mi sytuacja z codzienności. Wyobraź sobie wielki korek, typowy dla porannych ulic centrum dużego miasta. Odzywa się sygnał pędzącej karetki. Dreszcze mnie przechodzą, gdy widzę, że każdy kierowca, robi co może, żeby utorować przejazd. Wjeżdża na chodnik lub na przeciwny pas. Często próbuje pokonać wysoki krawężnik. Robi co tylko może na bardzo niewielkiej przestrzeni jaką dysponuje. Dlaczego? Dlatego, że czyjeś życie jest zagrożone. Nawet nie znając danej osoby, widzimy jej potrzebującą, bezbronną Twarz. Twarz, która prosi: "Nie zabijaj!". I rodzi się w nas miłość do tej osoby, a następnie solidarność.

Walczmy zatem o "Polskę solidarną", bo jest o co walczyć. Ale nigdy siłą dekretów, tylko własnym działaniem i świadectwem.

sobota, 1 grudnia 2007

Z Twarzą twarzą w twarz

Dość niedawno miałem okazję czytać książkę dominikanina o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego pt. Filozofia Dialogu. Muszę przyznać, że koncepcje w niej zawarte są poruszające. W tym poście, chciałem skupić się na jednym z aspektów - Twarzy. Pojęcie to było rozwijane bardzo szczegółowo przez Emmanuela Levinasa, jednego z dialogistów.

Każdy z nas ma swą unikalną Twarz. Twarz, która mówi: Nie zabijaj! Jest bezbronna i szczera. Jednak na codzień, Twarz tą przybieramy rozmaitymi maskami. Gdy jesteśmy w pracy stajemy się: lekarzem, nauczycielem, budowniczym, kucharzem, itp. Oprócz tego w rozmaitych sytuacjach jesteśmy również: pracownikiem, pracodawcą, znajomym, przyjacielem, mężem, żoną, itp. Wraz z maską ubieramy się w rozmaite jej atrybuty. Jako pracownik, ubieramy się w wiedzę , doświadczenie zawodowe i pozycję w hierarchii. Jako przyjaciel, w historię znajomości, w doświadczenie życiowe, w sympatię. Chciałbym zaznaczyć, że ubranie maski nie jest zjawiskiem negatywnym, natomiast jest zjawiskiem naturalnym.

Maska jest pewnego rodzaju zasłoną. Dzięki niej stajemy się odporni na negatywny wpływ różnych czynników. Jednak poprzez maskę zasłaniamy swoje prawdziwe "Ja", swoje prawdziwe "Imię". Kiedy zdejmujemy maskę i stajemy naprzeciwko drugiego człowieka bez maski, doświadczamy prawdziwego spotkania. Spotkania Twarzy z Twarzą, gdzie obie Twarze są bezbronne. Dzięki takiemu spotkaniu doświadczamy Boga, który nie jest gdzieś daleko, który poprzez Twarz drugiego człowieka odsłania nam swą bezbronną istotę i zaprasza nas do miłości. "Bo gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w moje imię, tam ja jestem pośród nich" (Mt. 18, 20).

Nie bójmy się odsłonić twarzy. Zaufajmy w dobro drugiego człowieka. Zdejmijmy maskę, a może na widok bezbronnej Twarzy, drugi człowiek zdejmie swoją.