Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Poszukiwaniu Prawdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Poszukiwaniu Prawdy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2009

Problemy z nauką

Obecnie mam okazję czytać zadziwiającą książkę ks. Michała Hellera pt. Ostateczne wyjaśnienia wszechświata. Autor prezentuje historię rozwoju rozmaitych modeli wszechświata. Zarówno naukowych, jak antropicznych i teologicznych. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem przenikliwości myśli naukowców, filozofów i teologów. Jednym z zagadnień, które spotyka myśl dążąca do ostatecznego wyjaśnienia, jest problem początkowej osobliwości.

Wytrwałość naukowców, w próbach eliminacji tej osobliwości z modelu wszechświata musi budzić respekt. W końcu punkt w czasoprzestrzeni, w którym urywa się zarówno czas jak i przestrzeń stanowi granicę możliwości poznania poprzez metodę matematyczno-empiryczną, której zasługi skądinąd niemożliwe do przecenienia. W jednym z ostatnich rozdziałów, autor pisze:

Nauka ma obowiązek "wyjaśnić wszechświat samym wszechświatem". Musimy jednak pamiętać, że jest to zasada metodologiczna, tzn. należy ją traktować jako założenie metody, a nie jako pewnik ontologiczny. Ostatecznie mogłoby być tak, że Pan Bóg stworzył z niczego świat wczoraj wieczorem razem z gotowymi słojami drzew i skamielinami, które świadczą o długiej przeszłości i zakodował w naszych mózgach pamięć o zdarzeniach, jakich nigdy nie było. Ale nauka nie może brać takich "cudów" pod uwagę.

A więc pomimo ogromych problemów, niezaprzeczalny jest obowiązek nauki do drążenia tajemnicy metodą matematyczno-empiryczną. Nawet jeśli prawda jest taką metodą nieosiągalna. Problem pojawi się wtedy, gdy nauka utkwi w martwym punkcie. Gdy wyjaśni już wszystko, co było możliwe do wyjaśnienia. Czy nasz pęd ku rozumieniu pogodzi się z niepewnością ostatecznych teorii?

Swoją drogą niezwykle ciekawa wydaje się przytoczona wyżej koncepcja, że Pan Bóg stworzył świat wczoraj. Może faktycznie każda chwila czasu jest osobnym światem. Jest pewnym stanem początkowym. A może nawet zdanie, które przed chwilą napisałem, również nie było przeze mnie napisane, ale "stworzone przez Boga" wraz z moim stanem pamięci. Nie odważyłbym się na kategoryczne zaprzeczenie. Jednakowoż na pewno taka koncepcja, znajduje się poza moją zdolnością weryfikacyjną.

piątek, 16 stycznia 2009

O losowości, Bogu, wieczności i dialogu - szukanie prawdy

W odpowiedzi na mój poprzedni wpis, na blogu Autora, na którego się powoływałem, pojawił się ciąg dalszy polemiki (tutaj). Przyznam, że bardzo cieszy mnie szybki i bardzo interesujący odzew oraz, że również mam nadzieję na owocną dyskusję, bo to właśnie na granicy sporu najczęściej powstają nowe wartości. Poza tym, czy można człowieka poznać lepiej niż poprzez dialog?

Polemika o znaczenie słowa dysonans wydaje się bezcelowa, jednak nie widzę w jaki sposób jego użycie może udaremniać motywowanie poglądów. Moje odczucie jest takie, że Autor próbuje postawić życie doczesne w opozycji do życia wiecznego. Życie wieczne jest wielkie, wspaniałe i godne chwały. A życie doczesne właściwie mogłoby skończyć się już dziś, bo prawdziwe życie zacznie się po śmierci. Jeśli źle odczytałem intencję to przepraszam. A skoro prawdziwe, życie zacznie się po śmierci, to właściwie możemy czekać na śmierć. Oczywiście, gromadzić te dobre uczynki i prosić Boga o łaskę i miłosierdzie, ale w gruncie rzeczy, po prostu czekać. To właśnie nazywam biernością. Moim zdaniem, powinniśmy ten świat naprawiać i to życie czynić jak najlepszym. Nawet oddać to nasze życie dla drugiego człowieka.

Autor pisze, że człowiek nigdy nie zasługuje na łaskę i podpiera to tzw. oficjalnym stanowiskiem Kościoła. To, że coś jest "oficjalnym stanowiskiem Kościoła" nie oznacza, że jest prawdą objawioną. W wielu kwestiach Kościół (a raczej hierarchia kościelna) racji nie mieli i w wielu nadal (moim zdaniem) nie mają. Przytoczę tu takie sprawy jak "nieomylność papieża", święta inkwizycja, wyprawy krzyżowe, celibat. Czy człowiek nie zasługuje na łaskę? Prawdopodobnie nie, ale nie użyję tutaj słowa "nigdy". Pozwólmy Bogu ocenić, kto zasługuje, a kto nie. Nie sądzę, że człowiek ma w mocy tak szczegółową ocenę drugiego człowieka.

Całkowicie zgadzam się z przytoczonym zdaniem Alberta Einsteina, że "Bóg nie gra w kości". Zatrzymałbym się jednak nad pojęciem losowości. Losowością nazywamy, to czego nie umiemy przewidzieć. Bo czy prawdziwa losowość w ogóle istnieje? Nawet wynik losowania liczb w maszynie losującej, przy wystarczająco dokładnej wiedzy i dobrze przeprowadzonych obliczeniach można przewidzieć. Ot proste prawa fizyki. Jednak z jakichś powodów nazywamy to losowością. Dlaczego? Bo nasza percepcja i zdolność obliczeniowa nie sięgają wystarczająco głęboko. Gdy mówię, że łaska jest działaniem losowym, również nie posądzam Boga o bezmyślność, ale przyznaję się do całkowitego niezrozumienia logiki i przesłanek jakimi Bóg się kieruje.

Uważam, że moje słowa z ostatniego akapitu zostały zinterpretowane sprzecznie z moją intencją. Oto co pisze Autor:
W ostatnim akapicie swojego wpisu Autor wkracza na dość niebezpieczne tereny całkowitej improwizacji. Niestety, moim zdaniem poszedł on o kilka kroków za daleko. Pierwsza część jest o tyle nierozstrzygalna, o ile zależy wyłącznie od światopoglądu. Ja skwituję to prostym zdaniem Dostojewskiego: "Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno". Nie ma dobra i zła, nie ma wartości.
Otóż ani w jednym miejscu nie chciałem zasugerować, że Boga nie ma. W mojej "improwizacji" chciałem jedynie zastanowić się, co stanie się z nami po śmierci. I fakt, że powiedziałem, że może nasza świadomość ulegnie dematerializacji, wcale nie poddaje w wątpliwość istnienia Boga ani wartości. Bóg jest i stał się człowiekiem. Na Krzyżu dał świadectwo swojej miłości i sensowi swojego życia. W ten sposób jego nauka o dobru i złu, a przede wszystkim o miłości została uświęcona. Mało tego, to ta nauka i ta miłość stały się fundamentem, na którym my budujemy Królestwo Niebieskie tu i teraz. O ile Krzyż jest faktem dokonanym, to Zmartwychwstanie dokonuje się właśnie teraz. Duch Chrystusa Zmartwychwstaje w swoim Nowym Ciele. To już św. Paweł, określił Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa. To nie jest tylko figura retoryczna. To w tym ciele mieszka Duch Święty.

W ostatniej części polemiki Autor mówi:
Wydaje mi się, że przecena ludzkich możliwości poszła o daleko za daleko, niestety. Świat został zbawiony przez Śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa i to jest fakt - na szczęście - dokonany. O ile kolejne zdania, bezpośrednie zwroty do czytelnika są bardzo piękne, a wręcz wzruszające to nie umniejsza błędu, które zawierają. Powiem jednoznacznie i wprost: "Bóg nie potrzebuje". Potrzeba zdradza jakiś głód, niedostatek, często jakąś niemoc w osiągnięciu tego, co chcemy osiągnąć. Powtórzę raz jeszcze: "Bóg nie potrzebuje". Potrzebuje człowiek. Potrzebuje Dobrego Pasterza, który zaprowadziłby go do życia w obfitości. I prowadzi...
Ponieważ poruszałem już temat Gwiazdy Zbawienia, ograniczę się w polemice do odsyłacza do mojego wpisu, który zamieściłem około rok temu. Na zachęte dodam, że Gwiazda Zbawienia jest dziełem wybitnego dialogisty Franza Rosenzweiga, a jego dzieło dało inspirację wielu innym dialogistom m.in. Emmanuelowi Levinasowi, czy ks. Józefowi Tischnerowi. Zresztą bardzo polecam również książkę o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego pt. Filozofia Dialogu, która w pigułce prezentuje rozwój myśli dialogistów od Kanta po ks. Tischnera.

Dodam tylko, że nie mogę zgodzić się, że w moich przemyśleniach przeceniam możliwości człowieka, skoro w jego możliwości uwierzył sam Bóg. Czy inaczej powierzyłby nam zadanie budowania Królestwa Niebieskiego? Miłość łączy się z zawierzeniem. My kochamy Boga i wierzymy Bogu. On kocha człowieka i wierzy w człowieka. Czy zatem człowiekowi przystoi nie wierzyć w drugiego człowieka?

czwartek, 15 stycznia 2009

Wieczność w doczesności. Doczesność w wieczności.

Dziś rano, na jednym z blogów, które lubię odwiedzać pojawił się interesujący wpis. Temat podjęty został na drugim ciekawym blogu (tutaj). Już byłem w trakcie dodawania komentarza, kiedy zdałem sobie sprawę, że temat wart jest dłuższej refleksji. Dołączam się więc do polemiki.

Autor drugiego z wpisów wprowadza niewytłumaczalny (moim zdaniem) dysonans pomiędzy doczesnością, a wiecznością. Taki dysonans prowadzi w niebezpieczną pułapkę bierności wobec życia doczesnego. A czy życie doczesne nie jest już fragmentem tej wieczności? Nasze nadzieje lokujemy w wieczności, natomiast nasze działania podejmujemy w doczesności. Jeśli pomiędzy tymi dwoma wymiarami nie istnieje harmonia, to wpadniemy albo w pułapkę doczesności albo w pułapkę wieczności.

Zgadzam się z tezą, że Bóg nic nie musi, i że wszelkie dobro jakiego doświadczamy jest często niezasłużoną łaską. Aż chce się zacząć wierzyć w losowość takiej łaski. A może to losowość jest drogą jaką Bóg wybrał dla człowieka. W końcu gatunek powstał w drodze ewolucji, a więc losowych zmian w materiale genetycznym.

"Życie się objawiło". Ale czy to znaczy, że było zakryte? A może jego sens był nieznany. Człowiek nie wiedział, że jego zadaniem jest kochać. Nie wiedział, że umierać ma nie za symbole, ale za drugiego człowieka. Dopiero Chrystus pokazał sens życia. Pokazał jak w drugim człowieku szukać Boga. Pokazał jak daleko sięga prawdziwa miłość. Stawiam tezę, że życie wieczne trwa tu i teraz. Jeśli tylko horyzont naszych motywacji i decyzji wychodzi poza naszą śmierć, to jesteśmy cząstką tej obiecanej wieczności. Czy chcemy żyć zgodnie z nauką Kazania na Górze? Jeśli podejmiemy się tego zadania, zasmakujemy wieczności.

Mało tego. Gdy decydujemy się żyć na kształt Kazania na Górze, a więc wprowadzać to wielkie i wspaniałe Królestwo Niebieskie tu i teraz, to przestaje mieć znaczenie, czy po śmierci coś jest czy nie? Czy gdzieś tam spotka nas niebo, czy może nasza świadomość ulegnie dematerializacji razem z naszym ciałem? Przestaje to mieć znaczenie dlatego, że naszym życiem budujemy lepszy świat i stajemy się jego cząstką. Na zawsze. Nawet kiedy zgasną już znicze na naszych grobach i już dawno wszyscy pogodzą się z naszym niebytem. Nawet gdy nie będziemy mogli spojrzeć na ten śmieszny czterowymiarowy (a może nie czterowymiarowy) świat "z dołu" ani "z góry". Nawet gdy nie zaznamy żadnej kary ani nagrody za całokształt naszego życia. Pozostaniemy częścią tego świata. To my tworzymy go i zbawiamy, bo Bóg nie ukończył stworzenia i mnie (wolnego człowieka) do tego potrzebuje. Bo ja i Ty jesteśmy potrzebni, aby wielkie dzieło zbawienia, które Chrystus rozpoczął na Krzyżu doprowadzić do końca.