niedziela, 30 grudnia 2007

On the run

I tak kończy się kolejny rok. Zapewne dla wielu z nas był to rok wyznaczania i dążenia do celów. Coraz więcej celów i coraz więcej zajęć. Coraz mniej odpoczynku. Tylko biegiem, biegiem, biegiem, biegiem. Cały rok w biegu. Takie są wymogi naszej codzienności. Życie nie zostawia nam czasu na oddech, dystans i zachwyt.

W biegu. Taki jest tytuł tego posta. Przykuwa zapewne uwagę, że tytuł napisany jest po angielsku. Nie ukrywam, że zrobiłem to celowo. Chciałem zachęcić do posłuchania jednego utworu grupy Pink Floyd, z najlepszego chyba albumu, The Dark Side of The Moon. Tytuł tego utworu brzmi właśnie On the run. Oto właśnie on.



A teraz, drogi czytelniku, zastanów się czy rok, który właśnie się kończy też dla Ciebie tak nie wyglądał. Czy Twój plan dnia nie był wyznaczany przez nieustannie powtarzające się sekwencje czynności? Czy te czynności w pewnym momencie nie stały się monotonne? A przecież poza tą pędzącą codziennością, tyle jest piękna i dobra, którym nie potrafimy się zachwycać. A może poprostu nie mamy czasu się zachwycać? Każdy moment zachwytu pozwala złapać właściwego dystansu do naszej codziennej monotonii. Spróbujmy uchwycić ich jak najwięcej w nadchodzącym nowym roku. Żywię nadzieję, że ślad mojej codzienności odpłynie z czasem w niepamięć, natomiast te chwile zachwytu pozostaną nieśmiertelne. Czy tak będzie? Czas pokaże.

Na koniec przytoczę wiersz Wisławy Szymborskiej pt. Chwila. Komentarz sobie daruję.

Idę stokiem pagórka zazielenionego.
Trawa, kwiatuszki w trawie
jak na obrazku dla dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące.
Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.

Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów,
skał warczących na siebie,
wypiętrzonych otchłani,
żadnych nocy w płomieniach
i dni w kłębach ciemności.

Jakby nie przesuwały się tędy niziny
w gorączkowych malignach,
lodowatych dreszczach.

Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza
i rozrywały brzegi horyzontów.

Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
W dolince potok mały jako potok mały.
Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen,
a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.

Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, żeby trwały.

3 komentarze:

Fajczarz Krakowski pisze...

Nawet życie Nomada nie jest pozbawione działań rutynowych ;)

Trudno, inaczej się nie da. Żyjemy od chwili do chwili- reszta to tylko egzystencja.

Sylwester? Nowy Rok? Dla mnie to tylko słowa- nie zmienia się nic. Imprezka (jak ktoś tak spędza ten czas), jakieś życzenia dla picu, kac (jak ktoś ma), poranne powroty do domu, odsypianie i potem już wiadomo. Jak ktoś potrzebuje "okazji" aby coś zmienić w swoim życiu to już jego problem.

Pozdrawiam

Grzegorz Raźny pisze...

Ale przecież ja nie mówię, że należy zrezygnować albo zmieniać codzienność. Po prostu czasem trzeba sie zatrzymać i zachwycić się jakimś pięknem. Sylwester jest fajnym dniem, żeby zastanowić się czy potrafimy się choć na chwilę zatrzymać.

Czym jest życie bez chwili zachwytu? Bez próby dotknięcia Sacrum? Jeśli damy się zapędzić zwykłej szarej codzienności, ani się obejrzymy, a życie przebiegnie jak błyskawica.

Luka pisze...

Dla mnie sylwester, to taki próg, o który warto się podknąć;) jak ktoś chce zmienić coś w sobie, może zrealizować jakieś marzenie, to warto zacząć to właśnie wtedy. Dlaczego nie moglibyśmy zrobić tego kiedy indziej? Moglibyśmy, ale dzięki podziałom naszego czasu, łatwiej zrobić to w tej symbolicznej chwili i napewno łatwiej potem zapamiętać naszą pozycję startową jak nam się uda.

Życzę szczęśliwego Nowego Roku i jak najwięcej progów w 2008.