sobota, 7 kwietnia 2012

W grobie

W powietrzu cały czas słychać echo Jego nauki. Jeszcze nie ucichły lamenty wiernych uczniów. Jeszcze słyszymy słowa Chrystusa przebaczającego swoim oprawcom, choć jeszcze ich nie rozumiemy. Jeszcze dociera do nas sens obietnicy danej "dobremu łotrowi". Jeszcze próbujemy zrozumieć, czego od nas chciał, gdy powierzył nam siebie na wzajem, symbolicznie poprzez gest wobec "ucznia, którego miłował" oraz swojej Matki. Kurtyna cały czas jest przedarta - świadectwo, że stało się coś wielkiego, nie do końca zrozumiałego.

Jest właśnie ten dziwny dzień, w którym Chrystusa nie ma wśród nas. Jego stare ciało już nie żyje, a nowe jeszcze nie zmartwychwstało. W symbolicznym grobie trwa walka ducha z ciałem. Dopiero co skończyła się walka Chrystusa na krzyżu, a już zaczęła się walka kolejna - być może nawet ważniejsza, bo jej wynik zdecyduje, czy ta pierwsza miała sens. Czy pomimo śmierci ciała, duch przetrwa? Czy iskierka jego nauki, która dotknęła serca każdego z nas, wznieci ogień miłości, z którego jak feniks z popiołów powstanie drugie, nowe ciało Chrystusa?

W takim dniu, warto zastanowić się nad sensem zmartwychwstania. Czy już się dokonało? A może dopiero ma się dokonać? Czy może wreszcie dokonuje się właśnie w tym momencie? Może cała nasza rzeczywistość jest tym jednym dniem, w którym ważą się losy świata. Czy nie jesteśmy uczestnikami tej wielkiej, niezwykle istotnej walki, której wynikiem ma być zmartwychwstanie? Może w tym dniu, warto sobie uświadomić, jak wiele zależy ode mnie i od mojego zaangażowania w walkę o zmartwychwstanie.

wtorek, 13 marca 2012

Cicha sprawiedliwość

Niezwykle ciekawą jest twórczość Friedricha Nietzschego. Jestem w trakcie trawienia jednego z największych jego dzieł pt. Tako rzecze Zaratustra. Często wydaje się, że jego nauka jest kompletnie sprzeczna z nauczaniem Chrystusa, bo zamiast odnosić się do nauki samego Chrystusa, mamy przed oczyma jej interpretacje. Jednak nieraz mam wrażenie, że jest ona właśnie kwintesencją myśli Chrystusa.

Dla przykładu taki fragment:

Nie dowierzajcie nikomu, co o swej sprawiedliwości mawiać rad! Zaprawdę, ich duszom brak nie tylko miodu. A gdy się sami za "dobrych a sprawiedliwych" podają, nie zapominajcie, że aby stać się faryzeuszami, brak im tylko - władzy!

Czy Chrystus również nie ganił swoich uczniów, gdy Ci przyszli pochwalić się swoimi osiągnięciami w głoszeniu Jego nauki? Czy On również nie błogosławił "ubogich duchem" oraz "cichych"? Gdy ktoś się chwali swoim dobrem, to czy nie sprzeniewierza się mu dla własnej akceptacji? Gdy się ktoś chwali swoim dobrem, to jakby domaga się nagrody. Tymczasem czy dobro, którego mógł dokonać, samo w sobie nie jest już jego nagrodą?

czwartek, 1 marca 2012

Dramat zwany polityką

Gdy tak obserwuję świat polityki, nie tylko naszej krajowej, ale polityki ogólnoświatowej, odnoszę wrażenie, że doszło do jakiegoś głębokiego konfliktu, którego rozwiązanie znaleźć niezwykle trudno. Trudno, ponieważ źródłem problemu jest sprawa zupełnie fundamentalna. Jakie są role w tym nieustannie trwającym dramacie i jakie są relacje pomiędzy podmiotami. Kto jest suwerenem, a kto jest sługą? Kto pracodawcą, a kto pracownikiem? Spróbujmy zastanowić się nad tymi relacjami.

Suweren jest zobowiązany, lub ma prawo wobec sługi:

- dać mu pracę,
- wypłacać wynagrodzenie,
- opiekować się nim,
- ocenić pracę,
- podjąć decyzję czy nadal zatrudnia tego samego, czy też szuka kogoś lepszego.


Sługa natomiast powinien, lub ma prawo:

- wykonywać rzetelnie powierzone obowiązki,
- pilnować dóbr suwerena,
- nie nadużywać zaufania,
- zrezygnować, lub ubiegać się o dalsze zatrudnienie.


To tak w skrócie. W którym z tych podmiotów jest państwo, a w którym obywatel? Czy ja, przeciętny obywatel, jestem sługą czy suwerenem państwa? Jeśli jestem sługą, to powinienem przyjąć na siebie wszystkie prawa ale i obowiązki wobec państwa. Państwo wtedy ma obowiązek dać mi pracę, zapewnić płacę, zaopiekować się mną. Nieraz mam wrażenie, że takiego państwa chce większość ludzi, tym samym ustawiając siebie jako sługę tegoż państwa.

Prawda jest jednak taka, że ja nie jestem sługą. Ja zatrudniam państwo do bardzo określonych celów. To państwo jest zobowiązane wykonywać rzetelnie swoją pracę, pilnować moich dóbr i nie nadużywać mojego zachowania. Zatrudniam je również do wielu różnych innych obowiązków, za które płacę mu z moich podatków. To ja się mam opiekować tym państwem i dbać, żeby mogło w spokoju wykonywać swoją pracę. Ja również mam prawo ocenić jego rzetelność i skuteczność i zdecydować czy powierzę temu samemu państwu (tej samej ekipie) misję kontynuacji, czy też zażądam zmiany.

I czy w takiej relacji, zasadne jest moje dopominanie się o zatrudnienie, czy o życie w dostatku? Przecież to ja muszę zadbać o własny dostatek, by mieć czym zapłacić za ciężką pracę, jaką państwo podejmuje na moje wyraźne żądanie.

piątek, 24 lutego 2012

Gary Moore - Parisienne Walkways



I remember Paris in '49.
The Champs Elysee, Saint Michel,
and old Beaujolais wine.
And I recall that you were mine
in those Parisienne days.

Looking back at the photographs.
Those summer days spent outside corner cafes.
Oh, I could write you paragraphs,
about my old Parisienne days.

czwartek, 23 lutego 2012

Co rozumiesz, mówiąc: kocham Cię?

Czy nie zdarza się Wam używać słów, których znaczenia nie rozumiecie? Przypomina mi się stary dowcip o jednym z polityków, któremu dziennikarka powiedziała, że fama głosi, że używa słów, których znaczenia nie rozumie. Na to polityk spokojnie odpowiedział: "Niech Pani powie tej famie, że może mnie w d... pocałować i vice versa". Oczywiście niektóre słowa nie należą do języka codziennego i nieraz źle domyślamy się ich znaczenia. Tym razem nie jest to dowcip, bo pamiętam sytuację jak wczoraj, gdy również jeden z polityków mówiąc o innym polityku z przeciwległej frakcji, jako o swoim oportuniście. Z kontekstu wynikało jednak wyraźnie, że ma on na myśli swojego przeciwnika.

Warto zastanawiać się nad znaczeniami słów, których się używa. Dziś chciałbym zatrzymać się nad jednym słowem, którego bardzo często się używa, a mam nieraz wrażenie, że każdy rozumie je inaczej. Tym słowem jest miłość, a także kochać. Taka refleksja wydaje mi się ważna, ponieważ słowa tego przeważnie używa się w sytuacjach poważnych (niekoniecznie negatywnie poważnych) i warto wiedzieć, że rozumiemy to słowo tak samo, jak osoba, do której je kierujemy. Czym zatem jest miłość?

Czy spotykając drugą osobę, można powiedzieć, że się ją pokochało albo, że się ją będzie kochać? Wydaje mi się, że bardzo myląca jest forma zakochałem się, która poprzez swoje emocjonalne zabarwienie sugeruje impulsywny charakter. Zakochać się od pierwszego wejrzenia, rozumie się jako uczucie, które towarzyszy efektowi zmysłowemu jaki wywiera jedna osoba na drugą. Trafniejsze w tym wypadku wydaje mi się określenie: zauroczyć się. Jeśli bowiem miłość ma mieć charakter pociągu odczuwanego do innej osoby, to z natury rzeczy będzie ona jedynie chwilowa. Nagle zobaczy się kogoś, do kogo poczujemy silniejsze przyciąganie i co wtedy? Nie możemy zagwarantować odczuwania tych samych emocji przez dłuższy okres czasu.

Skoro chcemy komuś obiecać miłość, to miłość musi być efektem podejmowanych przez nas działań, a nie stanów emocjonalnych. Zauroczenie może być tylko pierwszym etapem. Gdy relacja rozwija się zdrowo, pomiędzy ludźmi tworzy się i umacnia więź. Przestrzenie zainteresowania zaczynają się coraz bardziej pokrywać, a tym samym chcemy razem wyznaczać i dążyć do wspólnych celów. Chcemy też pomagać i liczyć na pomoc w dążeniu do celów indywidualnych. Chcemy w drugiej osobie mieć prawdziwego przyjaciela. Taką miłość możemy obiecać, bo w naszej mocy jest podejmowanie działań na rzecz jej rozkwitu i dojrzewania.

Jestem bardzo ciekaw Waszych opinii, niezależnie od tego czy się zgadzacie ze mną czy nie. Co Wy macie na myśli mówiąc: kocham Cię?

sobota, 31 grudnia 2011

Jak w każdy normalny dzień ...

Właściwie czym różni się wieczór sylwestrowy od każdego innego wieczora? Że spotykamy się z bliskimi, lub też dalszymi? Czy może dlatego, że bawimy się i popijamy wedle upodobania? A może dlatego, że kończy się jakiś ważny okres? W końcu rok to całkiem spory fragment życia. No ale właściwie roczne dokonania podsumowujemy z okazji urodzin, z okazji Bożego Narodzenia, z okazji urlopu i wielu innych okazji, których wymienianie zajęłoby prawdopodobnie zbyt duży fragment tego wpisu.

Może zatem dzień dzisiejszy nie różni się niczym od dni pozostałych, poza symboliką żegnania starego i witania nowego roku. Ale przecież to tylko symbol, bo kto decyduje kiedy stary rok się kończy, a nowy zaczyna? Sami mamy swoje własne rocznice, które są dla nas dużo ważniejsze niż te symbolicznie z góry ustalone.

Traktując więc dzisiejszy wieczór jak wieczór niczym nie różniący się od innych, nie będę składał Wam życzeń okazjonalnych ani symbolicznych. Złożę Wam życzenia takie, jakie składam Wam niewerbalnie każdego dnia:

Życzę Wam, aby jutro było dla Was jutrem zmian.
Aby było punktem, w którym rzucicie przeszłość w zaszłość i z czystą głową spojrzycie w przyszłość zostawiając swoje serce i rozum w teraźniejszości.
Aby kolejne przeszkody, które niewątpliwie będziecie napotykać na swojej ścieżce, umacniały Was jedynie w dalszej wytrwałej drodze ku lepszemu jutru.

Życzę Wam w końcu, abyście nie szczędzili wysiłku, by umacniać więzi z najbliższymi, ale również nie ignorowali odleglejszych, którym być może niewielkim gestem możecie pozostawić trwały ślad w życiu.

piątek, 30 grudnia 2011

Wszechświat - inne spojrzenie

Refleksja o przemijaniu przychodzi człowiekowi z wielkim trudem. Trudno sobie wyobrazić brak własnego istnienia. Co się ze mną będzie działo jak mnie nie będzie? Co się będzie działo ze światem? Oczywiście doświadczenie śmierci bliskich nam osób, pomagają oswoić się z myślą o przemijaniu, jednak czy tak naprawdę nas uspokajają? Z drugiej strony, czy potrzebna nam jest refleksja na temat tego, co będzie się działo ze światem, gdy nas już nie będzie? Chyba tak, ponieważ nasze cele wcale nie muszą się zamykać w czasie naszego życia.

Jednak nie o przemijaniu jednostki chcę pisać, ale o szerszym problemie - o przemijaniu świata. Podobnie jak z własnym przemijaniem, człowiekowi ciężko przychodzi wyobrazić sobie, co będzie gdy świata nie będzie. Czy będzie jakaś pustka? Ale czy pustka nie jest już bytem? A więc czy nie istnieje jakiś świat? A może wszystko zatoczy kolejną pętlę i ten sam świat wybuchnie od nowa i od nowa przybierze obecny kształt? Od modelu wszechświata stacjonarnego jest to o tyle bardziej uzasadnione, że wyjaśnia również oddalanie się od siebie ciał niebieskich, czy ochładzanie się wszechświata.

A może poza wszechświatem jest coś więcej? Może wszechświat jest tylko jednostką w jakimś nadwszechświecie? Co jeśli tamten nadwszechświat jest w istocie stacjonarny z czasem liniowym. Wyobraźmy sobie, że panuje w nim na przykład swoboda poruszania się jednostek o wysokiej energii potencjalnej. Tak jak dwa samochody gdy uderzą o siebie z całą siłą, niech dwie jednostki przypadkiem spowodują wielką eksplozję - Wielki Wybuch.

Przez ułamek tamtejszej chwili, tworzy się stosunkowo niewielka strefa wybuchu, której zasięg rośnie z czasem jednocześnie się wychładzając. Pył powybuchowy rozchodzi się chaotycznie, nieraz tworząc większe skupiska - galaktyki. Może gdzieś poprzez odpowiednie reakcje powstaną gwiazdy i planety, a na jednej z nich będzie woda, węgiel i powietrze, które uwarunkują powstanie życia i ewolucji. Powstaną rośliny, zwierzęta, a w końcu i człowiek, który za cel postanowi sobie zbadanie całej strefy wybuchu, a może znajdzie również siłę i możliwość by zbadać nadwszechświat.

Tylko czy zdąży zanim strefa wybuchu nie wychłodzi się się całkiem i nie roztopi się w ogromie nadświata?