poniedziałek, 7 czerwca 2010

Led Zeppelin - Stairway To Heaven

Chyba najpiękniejszy kawałek wszech czasów. Wiem, że wszyscy słyszeli i świetnie znają, ale nie zaszkodzi przesłuchać raz jeszcze.




There's a lady who's sure all that glitters is gold
And she's buying the stairway to heaven.
When she gets there she knows, if the stores are all closed
With a word she can get what she came for.
Ooh, ooh, and she's buying the stairway to heaven.

There's a sign on the wall but she wants to be sure
'Cause you know sometimes words have two meanings.
In a tree by the brook, there's a songbird who sings,
Sometimes all of our thoughts are misgiven.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it makes me wonder.

There's a feeling I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who stand looking.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it really makes me wonder.

And it's whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

If there's a bustle in your hedgerow, don't be alarmed now,
It's just a spring clean for the May queen.
Yes, there are two paths you can go by, but in the long run
There's still time to change the road you're on.
And it makes me wonder.

Your head is humming and it won't go, in case you don't know,
The piper's calling you to join him,
Dear lady, can you hear the wind blow, and did you know
Your stairway lies on the whispering wind.

And as we wind on down the road
Our shadows taller than our soul.
There walks a lady we all know
Who shines white light and wants to show
How everything still turns to gold.
And if you listen very hard
The tune will come to you at last.
When all are one and one is all
To be a rock and not to roll.

And she's buying the stairway to heaven.

czwartek, 3 czerwca 2010

Tajemnica Bożego Ciała

W katolickim obrzędzie obchodzimy dziś święto Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, bardziej znane jako Boże Ciało. I ponownie zastanówmy się nad istotą Bożego Ciała. Bynajmniej nie mam zamiaru mówić głosem watykańskiego przywództwa, które podsuwa nam dziś do rozważania fragmenty Biblii dotyczące chleba i wina.

Oczywiście, przemiana chleba w ciało, a wina w krew jest pięknym obrazem. Bazując na literalnej jego interpretacji natomiast można uzasadnić mandat hierarchii kościelnej, która wydawałoby się pochodzi od samego Chrystusa. Moim zdaniem jednak obraz pozostaje obrazem, a Chrystus nie przyszedł na świat by robić czary (okultyzm?), ale żeby przemieniać ducha człowieka, aby ten dojrzał do zbawienia. Jak więc interpretować ten obraz?

Trafną wskazówkę podaje nam św. Paweł w Liście do Efezjan:

Wykazał On je, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką Zwierzchnością i Władzą, i Mocą, i Panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym.

I wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami.

Ciałem Boga nie jest chleb ani wino, ale właśnie Kościół. Oczywiście nie Kościół, jako hierarchia duchowieństwa, ale Kościół, jako wspólnota ludzi żyjąca zgodnie z nauką i świadectwem Chrystusa. Łamanie chleba, które Chrystus nakazał nie oznacza, że chleb jest Jego ciałem. Oznacza natomiast, że Jego ciałem jest wspólnota ludzi, którzy tym chlebem się dzielą. Którzy nie zachowują zachłannie wszystkiego dla siebie ale dzielą się własnymi dobrami z tymi, którzy tego potrzebują. Chleb nie jest tutaj podmiotem, ale przedmiotem.

Św. Paweł błyskotliwie łączy Tajemnicę Bożego Ciała z Tajemnicą Zmartwychwstania. Zmartwychwstanie polega tu na posadzeniu Chrystusa ponad wszelką zwierzchnością, władzą, mocą, panowaniem i ponad każdym imieniem. Chrystus stał się Bogiem, więc po co wzywać innego imienia? Chrystus nie stanowi jakiejś zwierzchności ponad zwierzchnością, ale istnieje ponad wszelką zwierzchnością. Istnieje jako właśnie wspólnota ludzi łamiących się chlebem, której żadna zwierzchność, władza, moc czy panowanie nie posiądzie ani nie ogarnie. To ta wspólnota jest Jego zmartwychwstałym ciałem.

Nad tym ciałem i własnej w nim roli, warto się dziś choć chwilę zastanowić.

wtorek, 1 czerwca 2010

Dzień dziecka

Dzień dziecka uchodzi za dzień najmłodszych przedstawicieli naszego gatunku. Jednak zastanówmy się chwilkę. Jak zdefiniować dziecko? Czy najodpowiedniejszą definicją nie byłoby określenie, że jest to człowiek, który nie jest jeszcze w pełni człowiekiem? A czym jest bycie człowiekiem w pełni? Jak pisał Heidegger, człowiek przez całe życie charakteryzuje się jakimś "jeszcze nie". Zawsze przed nim jest jeszcze jakiś fragment czasu, który jest niezrealizowany. Pełnym człowiek jest dopiero w momencie śmierci. Przez całe życie natomiast staje się człowiekiem. Dokonując pewnego uproszczenia, możemy dojść do wniosku, że każdy z nas jest dzieckiem.

Wszystkim więc życzę, aby dzieciństwo przeżywali w ciągłym stawaniu się i aby, gdy w momencie śmierci spojrzą na to kim się stali, przepełniła ich wieczna radość. A w prezencie, kolejny cytat z Twierdzy, który dedykuję wszystkim dzisiejszym jubilatom.

Zabroniłem kupcom nadto zachwalać ich towary. Ponieważ niebawem zmieniają się w nauczycieli i uczą, że jest celem to, co ze swej natury jest tylko środkiem; pokazując w ten sposób oszukańczą drogę, upodlają człowieka, a chcąc mu sprzedać pospolitą melodię, czynią wszystko, aby jego dusza stała się pospolita. Dobrze bowiem, kiedy przedmioty wytwarza się, aby służyły ludziom, ale strasznie - kiedy ludzi tworzy się, aby byli jak kosze na śmiecie, gotowe na przyjęcie przedmiotów.

Życzę, aby w tym świecie, w którym usilnie sprzedawana jest pospolitość umiejętnie szukać prawdziwie wartościowych melodii.

czwartek, 27 maja 2010

Stawanie się

Prawdą jest, że dobra, które mamy doceniamy wtedy gdy nam ich brak. Będąc zdrowym nie jesteś świadomy tego, że jesteś zdrowy. Na horyzoncie masz już inny cel i inne sprawy rozważasz niż własne zdrowie. Rozważasz sprawy, do których zdrowie Ci jest potrzebne. Natomiast gdy coś Ci dolega, zaczynasz doceniać, jak dobrze jest być zdrowym.

Podobnie samotność uświadamia, jak bardzo kochamy ludzi, których spotykamy dookoła, a codzienny widok miejskich zabudowań uświadamia nam piękno natury. Gdy czegoś nam brak, może warto się zastanowić, czego nam nie jest brak. Zamiast będąc chorym marudzić, że się nie ma sił, a chodząc do pracy, marudzić, że przydałby się odpoczynek doceńmy odpoczynek, gdy jesteśmy chorzy, a zdrowie, gdy jesteśmy w pracy. A może lepiej jest zawsze uświadamiać sobie brak? Może ten brak napędza nas i powoduje, że stajemy się człowiekiem.

Temat w taki sposób ujął Antoine de Saint-Exupery w swojej ostatniej (niedokończonej) książce pt. Twierdza.

A przecież miłości uczysz się wtedy, kiedy miłości ci brak. I błękitnego pejzażu twoich gór uczysz się właśnie wśród skał, kiedy wędrujesz ku grzbietowi, a Boga uczysz się, tylko ćwicząc się w modlitwach, na które nie ma odpowiedzi. Bo tylko to da ci pełnię i nie rozmieni cię na drobne, co osiągniesz poza codziennym biegiem dni, wtedy gdy twój czas zamknie się koliście i kiedy przestaniesz się stawać, a dozwolone ci już będzie być.

... co osiągniesz poza codziennym biegiem dni ... . Skupieni w pociągu codziennych spraw, zapominamy o tym, że poza cyklicznym biegiem czasu istnieje także liniowy. Bez wykraczania poza siebie nigdy nie dane nam będzie być, gdyż wtedy przestajemy się stawać.

poniedziałek, 24 maja 2010

Zbytnie troski

Oto kolejny fragment Kazania na Górze, a zarazem ostatni w szóstym rozdziale Mateuszowej Ewangelii.

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie?
Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?
A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary?
Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

O co właściwie chodzi Jezusowi? Czy mamy przestać dbać o jedzenie, o picie, o pracę? Czy nie będzie to zaniedbanie wobec samego siebie? Jak nie dbając o jedzenie, mamy mieć energię, by realizować inne ważne plany? Jak wtedy realizować ambitny projekt Królestwa Niebieskiego? Jednak już w samych naszych pytaniach możemy znaleźć odpowiedź. Mamy realizować projekt Królestwa Niebieskiego. Chrystus mówi: Starajcie się naprzód o królestwo. Gdy to ono jest celem, to w dbaniu o jedzenie, picie, czy odzienie nie ma nic złego. Ważne, żeby nie jeść dla jedzenia, bo czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm? Mamy jeść i pić, ale tylko po to, żeby realizować Królestwo.

Gdy dbamy tylko o to by jeść, pić, ubrać się, to wpadamy w pułapkę. Zaczynamy żyć tylko tym. Jeśli mamy co jeść, zaczynamy się zastanawiać, co jeść będziemy jutro, za tydzień, na emeryturze. Energię, którą możemy włożyć w Królestwo, wkładamy w "jutro". Tymczasem jutrzejszy dzień sam o siebie się troszczyć będzie. Nie wiadomo nawet czy go dożyjemy. A energia i środki nasze mogą być potrzebne komuś tu i teraz. Przecież dosyć ma dzień swojej biedy. Odrzucając ten pewnik, ryzykujemy zmarnowanie tych cennych zasobów. Czy odpowiedzialny człowiek może w ten sposób postępować?

piątek, 14 maja 2010

How do you keep the one you love?

I znów wrócę do Northern Exposure. Tym razem ostatnia seria i odcinek, w którym Joel Fleischman żegna się z uroczym miasteczkiem Cicely. Oczywiście nic nie jest podane wprost, tylko bajecznym obrazem obfitującym w legendy, symbole i metafory. Joel wraz z Maggie ruszają na wyprawę tajemniczego miasta. Po drodze spotykają smoka (japoński żołnierz o takim nazwisku), syreny (w postaci kurortu w górach, gdzie doświadczają darmowych uciech) oraz tajemniczego strażnika, który przepuści tylko tych, którzy rozwiążą zagadkę. I właśnie nad rozwiązaniem zagadki proponuję się zastanowić. Oto fragment dialogu (w oryginale).

TRAPPER: (laughs): Is this a joke? I gotta answer a riddle to cross the bridge?

ADAM: (mockingly): Look, you're going to have to conceptualize this, okay? We can think of it as a password. Now if you can't handle that, you can get the hell out of here, okay?

TRAPPER: Okay, okay. I'll answer the riddle.

ADAM: All right, quiz show boy, here we go: "How do you keep the one you love?"

TRAPPER: What?!? What kind of riddle is that!?

ADAM: Look, this isn't brain surgery - just answer the riddle!

TRAPPER: A dozen roses, a box of chocolates.

ADAM (draws mock surprise breath, then sings): Scram...

TRAPPER: What?!?!

ADAM (still singing) Vaminos, get outta here...

TRAPPER (yells): No listen!! I gotta get across the river!!

ADAM (still singing): Toodle loo! (man leaves)

ADAM: Don't get frostbite on your way out; write if you get pelts. Okay. (looks at Maggie and Joel) Oo! You're still here. Okay: "How do you keep the one you love?"

JOEL: (pause) You don't.

MAGGIE: (pause) You don't?

JOEL: Love is selfless, non-possessive. If you truly love somebody, then you have no desire to possess them. You don't keep them. (Adam looks upwards as if pondering the answer)

JOEL: Well?

(Adam walks over to unlock and open gate)

ADAM: Think you're gonna find something out there, huh? Not as easy as you think.

(Adam hands Joel the lock, and he and Maggie continue their trek across the bridge)


Czy w naszym codziennym życiu nasza miłość, choćby nie wiem jak wielka była, jest faktycznie bezinteresowna? Czy może przypadkiem chcemy zawładnąć kochaną osobą?

poniedziałek, 3 maja 2010

Równość i wolność

Powszechnie rozumie się, że demokratycznie wybrana władza, reprezentuje większość całego społeczeństwa. Rodzi się stąd przekonanie, że powinna to być władza większości. Tymczasem zamysłem demokracji nie są rządy większości, ale rządy ogółu. Każdy w wyborach oddaje swój głos, a więc każdy udziela mandatu rządzącej elicie. Każdy głos wart jest tyle samo, a więc i stosunek władzy do każdego obywatela winien być taki sam.

Jako przykład niech posłuży nam rozdmuchiwana niedawno sprawa symboli religijnych w szkołach. Czy sejm, reprezentujący całość społeczeństwa, może zabronić wieszania symboli religii innych niż katolicyzm, pozwalając jednocześnie na mocy mandatu większości na wieszanie krzyża? Prawo, które wyróżnia krzyż spośród symboli wszystkich religii wprowadza tożsamość przynależności narodowej z przynależnością religijną. Jeśli ktoś nie jest wyznawcą, nie może być równoprawnym obywatelem. Jeśli natomiast prawo nie utożsamia wiary z narodowością, to nie ma takiej mocy, na której może zabronić jednej osobie demonstrowania własnej wiary, a pozwolić innej, chociażby za tą inną stała wola większości. Elementarna równość wobec prawa.

Podobnie sprawa się ma w przypadku oczekiwań wobec państwa. Gdy większość ludzi chce pozbawić mniejszość ochrony życia lub mienia, to zakładając, że władza ma realizować wolę większości, powinna uchwalić stosowne prawo. Wyczuwalne jednak jest, że jest to gwałt zadany równości. Prawo nie może zdefiniować podziału na biednych i bogatych, gdyż tym samym dyskryminowałoby (już poprzez nomenklaturę) jednych wobec drugich.

Jeśli ktoś oczekuje od państwa darmowej służby zdrowia (utopia), a ktoś inny oczekuje darmowego obiadu, ktoś jeszcze inny z kolei oczekuje darmowego transportu, to czy oczekiwania te pomimo różnego poparcia społecznego, na mocy równości nie zyskują jednakowej ważności? Winna więc władza, by nie dyskryminować jednych wobec drugich wypełniać wszystkie takie oczekiwania z równym zaangażowaniem i starannością. Ewentualnie z zaangażowaniem i starannością proporcjonalnymi do poparcia danego oczekiwania. Co jednak gdy te oczekiwania są sprzeczne? Czy powinna władza każdej osobie dawać to czego ta chce?

Potrzebne by było indywidualne podejście do każdej osoby, a może nawet sytuacji, w której jednemu obywatelowi odpowiada jeden przedstawiciel władzy mający dokładać starań by spełniać jego oczekiwania. Aby to było możliwe, każdy człowiek musiałby być częścią władzy i być odpowiedzialny za realizację własnych oczekiwań. Oznaczałoby to jednak, że nie ma już władzy, a każdy dysponuje jedynie własną wolnością i od niego zależy wypełnianie własnych postulatów.

Drugą drogą rozwiązania konfliktu oczekiwań oraz zasady równości obywateli, zakończoną w podobnym punkcie jest zaniechanie przez władzę realizacji jakichkolwiek oczekiwań. Pozostawienie oczekiwań ludziom samym sobie, a ograniczenie obszaru swojej władzy do ochrony wolności, koniecznej ludziom do ich realizacji. W jednej i drugiej sytuacji droga kończy się na uznaniu absolutnej wolności człowieka. Wszelkie możliwe pozostałe drogi wydają się prowadzić do zaprzeczenia nie tylko wolności ale i równości ludzi.