piątek, 5 grudnia 2008

Torcik

Z okazji niedzieli, mama w jednej rodzinie upiekła tort. Ponieważ tata, dwaj synowie i córka bardzo lubią słodycze, czekają z niecierpliwością. Po długim oczekiwaniu mama przynosi upragniony tort i dzieli w taki sposób, że tacie, sobie i najstarszemu synowi przypadają trzy największe kawałki. Córka dostaje trochę mniejszy, a najmłodszy syn najmniejszy. Wszyscy zgadzają się nie mogąc się doczekać chwili słodkiego zapomnienia. Jednak gdy ojciec, córka i najmłodszy syn skończyli jeść, a matka i syn najstarszy jeszcze nie, rozpoczęła się dyskusja.

Marek: To nie jest sprawiedliwe. Dlaczego ja dostałem najmniejszy kawałek? Tylko dlatego, że jestem najmłodszy? Myślę, że Michał powinien podzielić się ze mną tym, co mu zostało.

Mama: Ale zgodziłeś się, na taki podział.

Marek: Zgodziłem się bo chciałem tak bardzo dostać, że nie zauważyłem, że to niesprawiedliwe.

Michał: W takim razie tata, który już zjadł, również powinien się podzielić.

Tata: Hola hola, to nie jest sprawiedliwe. Jestem najstarszy i powinienem dostać najwięcej. Michał powinien podzielić się ze mną i z mamą.

Michał: Nie widzę powodu, żebym miał się z kimkolwiek dzielić. Tyle dostałem i mam do tego prawo.


Jak widać poczucie sprawiedliwości jest zależne od punktu widzenia i partykularnych interesów. Najczęściej przyjmowanym modelem sprawiedliwości jest sprawiedliwość Janosika. Przedstawia się ona mniej więcej tak: zabrać bogatym, oddać biednym. Biednym się to będzie podobać dopóki nie staną się bogaci, albo dopóki nie pojawią się jeszcze biedniejsi, przy których obecna bieda wyda się bogactwem. Zresztą model ten nie jest typowy dla słowackiego Janosika. Podobny model prezentuje angielski Robin Hood. Myślę, że z uwagi na taki, a nie inny profil społeczeństwa zachodniego, taki model jest najbliższy większej części społeczeństwa. Jednak, czy jest to model prawidłowy?

Sprawiedliwość nie może polegać na zaspokajaniu potrzeb społecznych. Prawdziwa sprawiedliwość nie istnieje w oderwaniu od pojęcia wolności. W rozmaitych sytuacjach życiowych podejmujemy rozmaite zobowiązania, za które bierzemy odpowiedzialność. Niezależnie czy uważamy, że one nas krzywdzą, czy że są podstępnie przygotowane, stanowią one pewną dwu-, lub wielostronną umowę, z której należy się wywiązać.

W sytuacji z torcikiem, żadna z osób nie powinna domagać się powiększenia swojej racji, bo wszyscy zgodzili się na pierwotny podział. Sprawiedliwy nie jest ten, który dąży zawsze do równości, czy proporcjonalności. Sprawiedliwy jest ten, który wywiązuje się ze zobowiązań, które podejmuje. Także w Biblii, starotestamentowe znaczenie słowa "sprawiedliwy", oznacza to samo co "wierny przymierzu". Przymierzu, które człowiek podjął dobrowolnie. Próba oderwania sprawiedliwości od wolności i odpowiedzialności wydaje się nieuzasadniona. Powoduje relatywizację, a koniec końca również chaos w przekazie. Zamiast szukać i definiować, co jest sprawiedliwe, a co nie, trzeba po prostu wziąć odpowiedzialność, za własne słowa.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Na czym budujemy?

Myślę, że początek adwentu jest dobrym momentem do refleksji. Podobnie jak każdy dom ma swój fundament, tak i nasze decyzje podejmujemy w oparciu o jakąś rzeczywistość, hierarchię wartości i światopogląd. Jeśli te fundamenty są fałszywe, to zgodnie z zasadami logiki, nasze działania mogą być prawdziwe lub fałszywe. Jeśli natomiast fundamenty są prawdziwe, to działania również będą prawdziwe. Tak więc myślę, że prawda ma kluczowe znaczenie w naszym życiu. Dziś chciałem zaproponować wędrówkę poprzez fragmenty powieści Nikosa Kazantzakisa pt. Ostatnie Kuszenie Chrystusa, ponieważ uważam, że jest to bardzo wymowne studium przypadku, dotyczące właśnie znaczenia prawdy.

Jezus po wskrzeszeniu Łazarza, oraz swej przemowie w Jerozolimie, został wezwany do poncjusza Piłata. W drodze powrotnej Jezus postanowił zdradzić pewną tajemnicę Judaszowi. Oto fragment:
- Judaszu, wiesz dlaczego opuściłem moją ukochaną Galileę i przybyłem do Jeruzalem?
- Tak - odrzekł Judasz. - Bo to, co ma się wydarzyć, wydarzy się tutaj.
- To prawda; ogień Pana zapłonie najpierw tutaj. Nie mogę już spać. Budzę się ze strachem w środku nocy i patrzę w niebo. Jeszcze się nie otwarło? Nie widać jeszcze płomieni? Przychodzi dzień, a ja biegnę do świątyni, przemawiam, straszę, pokazuję na niebo, rozkazuję, zaklinam, błagam, żeby zjawił się ogień. Ale mój głos zawsze ginie. Niebiosa pozostają zamknięte, głuche i spokojne ponad moją głową. Aż nagle, pewnego dnia...

Głos mu się załamał. Judasz pochylił się nad nim, żeby lepiej słyszeć, ale dotarł do niego tylko zduszony oddech i odgłos szczękających zębów.
- Dalej, mów dalej! - syknął Judasz.

Jezus złapał oddech i znów przemówił:
- Jednego dnia, kiedy leżałem samotnie na szczycie Golgoty, pomyślałem o proroku Izajaszu - nie, nie pomyślałem: zobaczyłem, jak stał przede mną na skałach Golgoty i trzymał kozią skórę, nadmuchaną i zaszytą tak, że wyglądała jak kozioł, którego spotkałem na pustyni. Były na niej jakieś litery. “Czytaj!" - rozkazał, rozpościerając skórę przede mną. Ledwo jednak usłyszałem głos, prorok i kozioł zniknęli, w powietrzu pozostały tylko litery, czarne z czerwonymi inicjałami.

Jezus podniósł wzrok. Zbladł. Ścisnął mocno ramię Judasza.
- One tam są! - wyszeptał z przestrachem - Wypełniły powietrze!
- Czytaj - powiedział Judasz, który też się trząsł.

Dysząc ciężko, Jezus zaczął wymawiać słowa. Litery zachowywały się jak żywe zwierzęta, uciekające przed myśliwym. Czytał, wycierając nieustannie pot z czoła: “On wziął na siebie nasze winy; zraniono go za nasze wykroczenia; nasze grzechy zadały mu ból. Cierpiał, ale nie mówił nic. Wzgardzony i odrzucony przez wszystkich poddał się bez oporu, jak jagnię prowadzone na rzeź".
Judasz inaczej wyobrażał sobie mesjasza. Miał wielki problem z zaakceptowaniem takiego przeznaczenia.
Odwrócił się. Chciał wyrzucić z siebie ostre słowa sprzeciwu, które paliły mu język. Może udałoby mu się wpłynąć na Jezusa, żeby nie szedł drogą śmierci. Z ust wyrwał mu się jednak okrzyk przerażenia: postać Jezusa rzucała ogromny cień. Nie był to jednak cień człowieka, ale wielkiego krzyża.

- Spójrz - powiedział i wskazał na cień.

Jezus zadrżał.
- To nic, Judaszu, mój bracie. Nic nie mów.

I tak oto, w milczeniu, ramię w ramię, zaczęli wspinać się drogą wiodącą do Betanii. Pod Jezusem uginały się kolana i Judasz musiał go podtrzymywać. Nic nie mówili. W pewnej chwili Jezus pochylił się i wziął w rękę ciepły kamień; ważył go w dłoni przez dłuższy czas. Czy to kamień, czy dłoń ukochanego człowieka? Rozejrzał się wokół. Jak rozkwitała znów ziemia po zimowej martwocie, jak obrastała na powrót trawą!

- Judaszu, mój bracie - powiedział - nie smuć się. Popatrz, jak rośnie pszenica; jak Bóg zsyła deszcz, a ziemia puchnie i kłosy zboża podnoszą się z nabrzmiałej gleby, żeby żywić ludzi. Gdyby ziarno nie zmarło czy kłosy byłyby kiedykolwiek wskrzeszone? Tak samo jest z Synem Człowieczym.
Judasz uwierzył i na prośbę Jezusa wydał go w ręce władz świątyni oraz Rzymian. Po "procesie" Jezus z pomocą karczmarza Józefa Cyrenejczyka, przeszedł drogę na Golgotę. Tam, w tym najbardziej tajemniczym i niewyobrażalnym momencie, zmagał się sam ze sobą i z własną samotnością, w obliczu śmierci.
I wtedy - nigdy w życiu Cyrenejczyk nie doświadczył tak przejmującego strachu ani bólu - powietrze od ziemi do nieba rozdarł potężny, przejmujący krzyk nabrzmiały skargą.
- ELI... ELI...
Cierpiący nie mógł już znieść tego dłużej. Chciał, ale nie mógł: brakowało mu tchu. Ukrzyżowany przechylił głowę - i zemdlał.
I pojawił się ktoś, kogo Chrystus nie oczekiwał.
Nie było wiatru, ale drzewo ze współczucia roniło kwiaty na jego zaplątane w ciernie włosy i na zakrwawione ręce. Gdy wśród tego morza świergotu starał się przypomnieć sobie kim jest i gdzie się znajduje, powietrze zawirowało i stanął przed nim anioł... W tym samym momencie wstał dzień.

Widział już wiele aniołów i we śnie, i na jawie, ale takiego jak ten - nigdy dotąd. Cóż za. ciepła, ludzka uroda, jaki miękki, puszysty meszek na górnej wardze i policzkach! Oczy zerkały bystro i namiętnie, jak u zakochanego chłopca. Ciało miał twarde i giętkie; niepokojący, sinoczarny meszek porastał mu nogi do łydek aż po krągłe uda, a spod pach wydobywał się słodki zapach ludzkiego potu. Jezus był zmieszany.

- Kim jesteś? - zapytał z bijącym sercem.

Anioł uśmiechnął się i cała jego twarz wypełniła się słodyczą, jak twarz człowieka. Złożył swe duże zielone skrzydła, jak gdyby nie chciał zbytnio wystraszyć Jezusa.

- Jestem taki sam jak ty - odparł. - To ja, twój anioł stróż. Nie upadaj na duchu.

Głos miał głęboki i pieszczotliwy, pełen współczucia i znajomy - ludzki. Głosy aniołów, które Jezus do tej pory słyszał, były zawsze surowe i karcące. Uradowany, spojrzał błagalnie na anioła, czekając aż znowu przemówi.
Anioł wyczuł to i z uśmiechem spełnił życzenie człowieka.
- Bóg zesłał mnie, bym przyniósł słodycz twym wargom. Ludzie napoili cię goryczą, tak samo niebiosa. Cierpiałeś i walczyłeś. W całym życiu nie doświadczyłeś radości. W tej ostatniej, straszliwej chwili opuścili cię wszyscy - matka, bracia, uczniowie, biedni, chorzy i uciśnieni - wszyscy. Zostawili cię w ciemnościach samotnego i bezbronnego na skale. I wtedy Bóg Ojciec ulitował się nad tobą. “Hej ty, nie siedź tak! - zawołał do mnie. - Jesteś aniołem stróżem czy nie? Więc idź go ocalić. Nie chcę, żeby go ukrzyżowali. Dosyć tego!"
I tak oto Jezus został uratowany. W końcu słyszał to, co chciał słyszeć. Żył pełnią życia, ożenił się raz i drugi, miał rodzinę. Żył tak, jak każdy. Cieszył się codziennością, w której towarzyszył mu anioł pod postacią murzynka. Jednak pewnego dnia do Jego drzwi zapukał tajemniczy Saul. Głosił Dobrą Nowinę. Opowiadał o spotkaniu z Chrystusem w drodze z Damaszku. O Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał. W Jezusie zagotowała się krew. Chciał wytłumaczyć Saulowi, że to on jest Chrystusem i wcale nie umarł. Że Bóg zesłał anioła, który go uratował. Ale Saul miał inną koncepcję:
Teraz jednak Paweł wybuchnął.
- Milcz, wstydu nie masz! - krzyknął, postępując ku niemu. - Ucisz się, bo usłyszą cię ludzie i umrą ze strachu. Pośród całej niegodziwości, niesprawiedliwości i całego ubóstwa tego świata, Ukrzyżowany i Zmartwychwstały Jezus był jedyną pociechą uczciwych i pokrzywdzonych. Prawda to czy nie - a cóż mnie to obchodzi! Dosyć, że świat jest zbawiony!

- Lepiej, żeby świat zniknął od prawdy, niż aby był zbawiony kłamstwami. W samym jądrze takiego Zbawienia siedzi wielki robak - szatan.

- Czym jest “prawda"? Czym “fałsz"? To, co daje ludziom skrzydła, co tworzy wielkie dzieła i rozświetla dusze; to, co wznosi człowieka ponad ziemię - to wszystko jest prawdą. To, co pozbawia go skrzydeł, jest fałszem.

- Zamilcz, synu szatana! Skrzydła, o których prawisz, to skrzydła Lucyfera.

- Nie, nie zamilknę. Mało mnie obchodzi, co jest prawdą, a co fałszem, czy go widziałem, czy nie, ani czy go ukrzyżowano. Ja tworzę prawdę, wykuwam ją z uporu, tęsknoty i wiary. Nie walczę o to, by ją znaleźć - ja ją buduję. Buduję ją większą od człowieka i w ten sposób dodaję mu wielkości. Jeżeli świat ma być zbawiony, ty musisz, słyszysz, musisz zostać ukrzyżowany i ja ciebie ukrzyżuję, czy ci się to podoba, czy nie; musisz zmartwychwstać i ja ciebie wskrzeszę, czy ci się to podoba, czy nie. Jeśli o mnie chodzi, możesz sobie gnić tu, w tej nędznej wiosce i mnożyć kołyski, żłoby i dzieci. Zmuszę powietrze, aby przybrało twój kształt, jeżeli będzie trzeba. Ciało, cierniowa korona, gwoździe, krew... Cały świat jest teraz jedną wielką maszynerią zbawienia - wszystko to jest niezbędne. I w każdym zakątku ziemi niezliczone oczy będą się wznosić ku niebu i widzieć cię w powietrzu - ukrzyżowanego. Ludzie będą szlochać, a ich łzy będą oczyszczać im dusze ze wszystkich grzechów. Ale trzeciego dnia ja wskrzeszę cię z umarłych, bo nie ma zbawienia bez zmartwychwstania. Śmierć to ostateczny, najstraszliwszy z wrogów. Ja pokonam śmierć. Jak? Wskrzeszę ciebie jako Jezusa, Syna Bożego - Mesjasza!
Spotkanie z Saulem było dla Jezusa trudne. Jego straszna walka, jaką toczył w młodości została wykorzystana do zaspokojenia potrzeb ludzi. Ale co z prawdą? Czy na fałszywym fundamencie można budować coś więcej? Jednak mimo to, Jezus żył dalej. Gdy był już stary, nastąpiło to, co nieuchronne. Jeruzalem zaczęło płonąć. Świat zaczął się walić. W tym strasznym momencie, Jezusa odwiedzili dawni uczniowie, a wśród nich Judasz, który nie mógł mu wybaczyć, że został zdradzony. Gdy Jezus do niego mówił, ten milczał i wzbierał w nim gniew.
Judasz i Jezus stali twarzą w twarz. Judasz kipiał z gniewu. Cuchnął potem i gnijącymi ranami.
- Zdrajca! Dezerter! - krzyknął powtórnie. - Twoje miejsce było na krzyżu. Tam kazał ci walczyć Bóg Izraela. Ale przestraszyłeś się i gdy śmierć podniosła głowę uciekłeś! Schowałeś się w spódnicach Marty i Marii. Tchórz! Zmieniłeś twarz i nazwisko, udawałeś Łazarza, żeby się uratować!

- Judaszu Iskarioto - przerwał mu Piotr, któremu kobiety dodały odwagi. - Czy w taki sposób mówi się do Mistrza? Nie masz żadnego szacunku?

- Jakiego Mistrza? - zawył Iskariota zaciskając pięści. - On? Nie widzisz, nic nie rozumiesz? On Mistrzem? Co nam powiedział, co obiecał? Gdzie jest armia aniołów, która miała ocalić Izrael? Gdzie jest krzyż, który miał zaprowadzić nas do nieba? Ledwo ten fałszywy Mesjasz stanął pod krzyżem, zemdlał. Potem wzięły go kobiety, żeby płodził im dzieci. Mówi, że walczył, odważnie walczył. Przechwala się jak kogut. Ale twoje miejsce, dezerterze, było na krzyżu i ty wiesz o tym. Inni mogli uprawiać jałową ziemię i kobiety. Twoim przeznaczeniem był krzyż! Chwalisz się, że pokonałeś śmierć. Wstyd! Czy tak można pokonać śmierć - płodząc dzieci, które zostaną pożarte przez Charona! Dostarczyłeś mu tylko mięsa. Zdrajca! Dezerter! Tchórz!
W długiej rozmowie Judasz w gniewie zdemaskował "anioła stróża". Jezus zrozumiał, że zbudował życie na fałszywych wartościach. Że stchórzył. Że to przez Niego Jerozolima teraz upada. Że Jego miejsce było na Krzyżu.
- Jestem zdrajcą, tchórzem, dezerterem - wyszeptał. - Teraz to rozumiem: jestem stracony! Tak, powinienem zostać ukrzyżowany, ale zabrakło mi odwagi i uciekłem. Wybaczcie mi, bracia, oszukałem was. Gdybym tylko mógł przeżyć swoje życie od początku!
(...)
Dysząc ciężko, staruszkowie podnieśli się. Jezus leżał rozciągnięty twarzą do ziemi, z rozpostartymi szeroko ramionami. Wypełnił cały dziedziniec. Dawni przyjaciele wciąż wygrażali nad nim pięściami:
- Tchórz! Dezerter! Zdrajca!
- Tchórz! Dezerter! Zdrajca!
Każdy wykrzykiwał po kolei: “Tchórz! Dezerter! Zdrajca!" i znikał bez śladu.

Jezus rozejrzał się z bólem dookoła. Był sam. Podwórze i dom, bramy do wioski, sama wioska - wszystko zniknęło. Nie pozostało nic oprócz pokrytych krwią kamieni pod jego stopami; a dalej, w dole tłum: tysiące głów w ciemności.
Próbował odkryć gdzie jest, kim jest i dlaczego czuje ból. Chciał dokończyć swój krzyk LAMA SABAKTHANI. . . . Usiłował poruszyć ustami, ale nie mógł. Zawirowało mu w głowie, jakby miał zemdleć. Miał wrażenie, że spada w jakąś przepaść i znika.

Nagle poczuł na ustach i nozdrzach gąbkę umoczoną w occie; ktoś w dole musiał zlitować się nad nim i podawał mu ją na trzcinie. Przez chwilę wdychał głęboko gorzki, cuchnący zapach, po czym spojrzał w niebo i wydał z siebie rozdzierający serce krzyk: LAMA SABAKTHANI!
Wyczerpany, natychmiast opuścił głowę na piersi. W dłoniach, stopach i sercu czuł przeraźliwy ból. Zaostrzonym nagle wzrokiem dostrzegł cierniową koronę, krew i krzyż. Dwa złote kolczyki i dwa rzędy ostrych, białych zębów lśniły w ciemnym słońcu. Usłyszał chłodny, szyderczy śmiech: kolczyki i zęby zniknęły. Pozostał sam, zawieszony w powietrzu.
Jego głowa kiwała się na boki. Nagle przypomniał sobie, gdzie jest, kim jest i dlaczego czuje ból. Ogarnęła go dzika, nieposkromiona radość. Nie, nie jest tchórzem, dezerterem i zdrajcą! Wisi na krzyżu. Wytrwał do samego końca; dotrzymał słowa. Kiedy zawołał ELI ELI i zemdlał, na moment poddał się pokusie. Radości, małżeństwa, dzieci były kłamstwem; zniedołężniali starcy, którzy krzyczeli: “Zdrajca, dezerter, tchórz" to też kłamstwo. Wszystko, wszystko to majaki zesłane przez szatana. Jego uczniowie żyli i mieli się dobrze. Rozeszli się w różne strony świata, żeby głosić Dobrą Nowinę. Wszystko było tak jak być powinno, chwała Panu!
Wydał z siebie triumfalny okrzyk: DOKONAŁO SIĘ!
I zabrzmiało to tak, jakby powiedział: Wszystko się zaczęło.


Warto zastanowić się, na czym budujemy nasze życie. Nie zawsze warto słuchać swojego głosu, gdyż często wynika on właśnie z tego, co chcemy usłyszeć. Szatan jest przebiegły i wie gdzie uderzyć, aby zabolało. W tej wizji, nie tylko Jezus zbudował na fałszu. Zrobił to również Paweł. On właśnie podbudował ludzkie dusze, dając im wiarę w zmartwychwstałego, podczas gdy takiego nie było. Stworzył ludziom iluzję, która zakończyła się zniszczeniem Jerozolimy. Nie było tam bowiem ziarna prawdy, którym jest Jezus.

Jeśli naszego życia nie zbudujemy na prawdzie, może się okazać pewnego dnia, że spłonie ono jak Jeruzalem. Na tej prawdzie opierajmy nasze decyzje i pozwólmy naszej wolności, w oparciu o tą właśnie prawdę zbawić świat. Aby w ostatniej chwili móc krzyknąć: "DOKONAŁO SIĘ". I by zabrzmiało to tak, jak: "Wszystko się zaczęło".

sobota, 29 listopada 2008

Wolność do Zniewalania. Zniewolenie w Wolności.

Kwestią chyba nierozstrzygalną jest, gdzie tkwi granica wolności i swobody jednostki, poza którą żadna instytucja ingerować nie może. Jedni uważają, że państwo może całkowicie ingerować, inni mówią, że nie powinno ingerować wcale. Jednak najwięcej ludzi uważa, że granica jest gdzieś w środku. Myślenie, że człowiek jest poddanym państwa, uważam za absurdalne. Uważam, że państwo jest powołane przez indywidualnych ludzi po to, aby zapewniać im bezpieczeństwo. Na tej zasadzie, obywatel jest suwerenem, a nie poddanym.

Oczywiście na rzecz bezpieczeństwa każdy obywatel może zrzec się pewnego obszaru swojej wolności. Co się jednak dzieje, gdy tą wolność człowieka ogranicza z góry powołana instytucja, dlatego, że większość tak decyduje? Nawet jeśli cel jest szczytny, to czy taki środek jest dozwolony. Nie mówię tu nawet o fizycznym ograniczaniu wolności, ale o sprawie tak powszechnej jak podatki. Bo czym są podatki, jeśli nie zniewoleniem człowieka? Jeśli człowiek ma prawo do własności, to jakie prawo ktoś ma, aby tej własności człowieka pozbawić? Nawet jeśli podatki przeznaczymy na rozwój technologii czy infrastruktury, albo na wyrównywanie szans w celu zwiększenia produktu krajowego.

Mam wrażenie, że nie brakuje osób, które zgadzają się na podatki, bo widzą w przyszłości perspektywę większej wolności. Zgadzają się na ograniczenie w postaci podatku dla siebie i nie ma w tym nic złego. Ale jakie mają prawo na zgodę na takie ograniczenie dla pozostałych wolnych ludzi? Czy nie samemu powinienem decydować, czy się zrzeknę się tego obszaru wolności? Podatek jest przykładem, który wybrałem, ale jeśli uznamy, że większość może ograniczać wolność mniejszości to wcale na podatkach nie musi się skończyć. Dlaczego człowiek nie ma problemu z akceptacją własnej wolności, a ma taki wielki problem z akceptacją wolności drugiego człowieka?

czwartek, 27 listopada 2008

Pierwsze żniwa

Trudno uwierzyć, ale dziś mija pierwszy rok istnienia tego bloga. Rok temu założyłem go w celu ujawnienia moich przemyśleń, ale również otwarcia się na dyskusję i krytykę, które właściwie zinterpretowane mogą pozytywnie wpłynąć na dalszy rozwój myśli. Przez ten czas, udało mi się poruszyć wiele często niepowiązanych ze sobą tematów i sprowokować niejedną dyskusję. Dzięki wymianie myśli jaką tutaj odbyłem udało mi się wzmocnić w sobie nadzieję na to, że na tym świecie, żyje dużo osób, które myślą, chcą myśleć i będą myśleć.

Wymienić wszystkich uczestników dyskusji byłoby trudno, dlatego ograniczę się do tych, których rozwój myśli i twórczości towarzyszył mojemu przez cały rok. Dziękuję Ci Sandro i dziękuję Ci Dawidzie. Zarówno myśli, które wymienialiśmy u mnie jak i te, które wymienialiśmy u każdego z Was na blogach, stawały się ziarnem moich kolejnych przemyśleń. To głównie dzięki Wam wzrasta moja nadzieja, że plan budowania Królestwa Niebieskiego na ziemii nie jest mrzonką ani utopią.

Komponując niektóre posty, doznawałem rozmaitych wrażeń. Niejeden raz wpadałem w trans lub uniesienie. Udało mi się poruszyć lub przytoczyć wiele tematów poruszanych wcześniej przez pisarzy, muzyków lub reżyserów. Starałem się pływać bo bezkresnej spuściźnie wielu wybitnych filozofów. Przez samodzielne rozważania nad Pismem Świętym, poczułem, że jest ono mi bardzo bliskie. Próbowałem ugryzać największe tajemnice, których niesposób w całości ogarnąć. Szczególnie Tajemnica Zmartwychwstania była przyczyną moich wielu godzin przemyśleń. Gdy wcisnąłem przycisk "Publikuj Posta" po przedstawieniu efektu pracy, poczułem odpływ energii. Ogarnęło mnie cudowne odrętwienie i kilka tygodni zajęło mi ponowne pozbieranie myśli. Odczucie było naprawdę niesamowite.

Zdarzało się nieraz, że miałem coś do powiedzenia na bieżące tematy polityczne, ale powstrzymywałem się, nie chcąc łączyć filozofii z polityką. Mimo, że zdaję sobie, że polityka i filozofia będą nieraz krzyżować swoje ścieżki w tematach przeze mnie poruszanych, to jednak uważam, że moge swobodnie oddzielić jedno od drugiego, aby nie wahać się już, gdy zapragnę podzielić się również moją opinią na te bardziej przyziemne tematy. W tym celu, otwarłem wczoraj drugiego bloga pt. Odcienie Szarości, na którego również Was wszystkich serdecznie zapraszam.

W opisie mojego profilu, napisałem, że poznacie mnie po treści moich blogów. Nie spodziewałem się jednak, że sam siebie zacznę również lepiej poznawać. Myślę, że największą zmianą, jaką mogę zaobserwować w sobie jest rosnące przywiązanie do idei szeroko rozumianej Wolności i znaczenia jednostki oraz podejmowanych przez nią decyzji. Moją decyzją było założenie tego bloga. Mam nadzieję, że udało mi się zasiać ziarenko na żyznej glebie zarówno mojej, jak i Waszej świadomości.

Dziękuję i zapraszam do dalszego odwiedzania i jeszcze intensywniejszej wymiany myśli. Niech owoc będzie obfity.

środa, 26 listopada 2008

Być odważnym

W codziennym języku, rozumiemy odwagę jako brak strachu. Gdy widzimy osobę wspinającą się w górach, myślimy, że jest ona odważna. Odważni jesteśmy w oczach ludzi, gdy podejmujemy jakieś niebezpieczne działanie. Stanąć na kładce nad przepaścią, skoczyć ze spadochronem lub na bungee, jechać bardzo szybko samochodem przy dużym zagęszczeniu ruchu. Mógłbym tych przykładów dać jeszcze dużo. Jednak zastanawia mnie, czy takie właśnie sytuacje są wystarczającą przesłanką, by nazwać kogoś odważnym? A może trafniej by było nazwać kogoś głupim? Ryzykować własne życie dla poczucia adrenaliny, dla spełnienia własnych zachcianek. Czy to jest mądre wykorzystanie ludzkiej wolności?

Czym więc ta głupota różni się od odwagi? Czym jest prawdziwa odwaga? W moim przekonaniu odważny był O. Kolbe, który dobrowolnie oddał własne życie za życie drugiego człowieka w obozie koncentracyjnym. Odważna jest osoba, która stanie na kładce nad przepaścią, bo po drugiej strony kładki jest małe dziecko, które boi się, że spadnie. Odważny jest człowiek, który jedzie bardzo szybko samochodem, by ratować ciężko chorą osobę, która siedzi na tylnym siedzeniu. Odważny jest człowiek, który skoczy ze spadochronem, by nakarmić potrzebujących na zamkniętej wyspie (dosłownej lub metaforycznej).

Nie jest trudno chyba dostrzec, czym różnią się te sytuacje do wymienionych w pierwszym akapicie. Mimo, że są one bliźnio podobne, to jest zasadnicza różnica. Tą różnicą jest cel działania. Moim zdaniem, odważna nie ta osoba, która nie odczuwa strachu, ale ta, która potrafi przezwyciężyć ten strach, dla ratowania jakiegoś konkretnego dobra. Nie jest niczym złym ani tchórzliwym odczuwanie strachu. Strach jest naturalną reakcją, która chroni człowieka przed niebezpieczeństwem. Brak jego odczuwania, jest pewnego rodzaju upośledzeniem. Człowiek powinien odczuwać strach, by nie robić rzeczy głupich. Ale odważny człowiek, umie ten strach przezwyciężyć, gdy po drugiej stronie jest człowiek, który potrzebuje pomocy.

niedziela, 23 listopada 2008

Piąte przykazanie

Kontynuując rozważania Kazania na Górze, trafiamy na następujący fragment:
Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: "Bezbożniku", podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz.
Jezus nie tylko potwierdza słowa, które wypowiada każda bezbronna twarz w konfrontacji z drugim człowiekiem. Sięga głębiej. Do źródła zła. Źródło jest w człowieku. Gniew. Przy czym nie jest to mowa o gniewie na zło. Do takiego gniewu jesteśmy przecież zobowiązani. Źródłem zła jest gniew na człowieka. Najważniejszym przykazaniem jest przykazanie miłości. To z miłością trzeba zawsze podejść do człowieka, a nie z gniewem. Miłość ucieleśnia się w przebaczeniu. Jezus każe godzić się ze swoimi przeciwnikami, dopóki jesteśmy z nim w drodze.

O jaką drogę chodzi? O przyjaźń? Może o znajomość? A może o życie? Tak, czy inaczej, będąc w drodze mamy jeszcze szanse się pogodzić. Jak któryś z nas z drogi zejdzie, pogodzenie się będzie trudne, a przecież wybaczenie jest warunkiem wybaczenia naszych własnych win. Modlimy się przecież: "Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy". Kiedy w końcu człowiek zrozumie, że "oko za oko" nie jest zasadą, która przerywa zło? Ta zasada nakręca tylko spiralę nienawiści. Czy nie lepiej przerwać ją, póki zło ma jeszcze niewielkie skutki? Jeśli teraz nie przerwiemy łańcucha zła, to kiedy? Później będzie za późno. Dobro trzeba czynić teraz.

Skoro to my jesteśmy nowym Ciałem Chrystusa, to weźmy pod uwagę, że nasza nienawiść jest jak rana na tym ciele, a pojednanie jak balsam. Jeśli pojednanie zbudujemy w obliczu prawdy, to uleczymy ranę, samemu przyczyniając się do Zmartwychwstania Pańskiego.

piątek, 21 listopada 2008

Nagroda, czy łaska?

Niedawno wpadł mi do ręki najnowszy numer miesięcznika "W drodze". Po raz pierwszy chyba znalazłem pismo, które potrafi zarówno zaabsorbować dużo energii intelektualnej, a jednocześnie stymuluje do myślenia o najróżniejszych kwestiach. Z jednymi artykułami się zgadzam, inne wzbudzają we mnie bunt. Każdemu polecam zagłębienie się w lekturę.

Pośród artykułów znalazł się jeden o tytule: Pokarm na życie wieczne. Autor porusza bardzo obszernie temat Wiatyku i sposobie podchodzenia do niego na przestrzeni wieków. Przytacza m.in. słowa papieża Inocentego I z 405 roku, który poleca udzielać Komunii, tym którzy o nią proszą w ostatnich chwilach życia. W środku tej wypowiedzi jest zdanie, które wzbudziło we mnie mieszane uczucia.
Kiedy bowiem w tamtych czasach były częste prześladowania, słusznie odmawiano Komunii w obawie, że łatwość udzielania Komunii nie powstrzyma od upadku tych ludzi, którzy mieliby pewność pojednania.
Rodzi się pytanie, czy duchowieństwo, które stało na straży sakramentów (nie wiem z jakiej mocy), nie traktowało ich instrumentalnie? Czy sakrament ma być nagrodą, a jego odmowa karą za postępowanie? Czy sakrament ma motywować ludzi do dobrego postępowania? A co z łaską, jaką Jezus udzielił złemu łotrowi na krzyżu? Czy stróżem tej łaski ma być hierarchia kościelna?