niedziela, 10 kwietnia 2011

Królestwo siły

Od zawsze w świecie przyrody działa prawo siły. Ten, który silniejszy wygrywał konfrontację zarówno o żywność, jak i o partnerów do reprodukcji. Skutkiem tego, geny silniejszego osobnika miały większą szansę przetrwać i umocnić się w populacji. Koniec końca silniejszy mógł zrobić ze słabszym, co tylko chciał mając za sobą argument siły. Takie naturalne prawo, w którym silniejszy jest prawodawcą.

Słabsze jednostki nie chcąc być skazane na tyranię silniejszych zawierają z sobą pakt o nieagresji i łączą siły, by odpierać ataki silniejszego. W ten sposób to one są silniejsze, ale jednak zasoby, których bronią muszą dzielić między sobą. Między nimi największe znaczenie i tak mają silniejsi. Również między grupami konfrontację wygrywają grupy, które mają większą sumę siły. W przypadku takich walk jednak grupy wyznaczają swojego wodza, którego z jakiegoś powodu uważają za silniejszego.

Siła nie zawsze musi oznaczać siłę fizyczną. Często walory fizyczne mają mniejsze znaczenie, niż walory intelektualne. Sprytny osobnik potrafi pokonać silniejszego fizycznie, korzystając z siły swojej inteligencji. Inteligentna i charyzmatyczna jednostka potrafi również wykorzystać siłę innych do walki z silniejszym. Również zamożność pomaga w wykorzystaniu siły innych w walce. Im więcej różnego rodzaju zasobów posiadam, tym łatwiej mi kupić usługi innych - za równo inteligentnych i charyzmatycznych, jak i silnych fizycznie. Mogę sam dobierać ludzi do swojej armii.

Jak widać różne są oblicza siły, ale nadal ten, który jest silniejszy ma nieograniczoną władzę nad tym, który jest słabszy. Struktura państwa demokratycznego nieco poprawia sytuację. Aparat siłowy podporządkowany jest woli ludu, czyli woli większości. To większość poprzez swoich przedstawicieli konstruuje prawo. Prawo chroni tych słabszych przed silniejszymi, dopóki silniejsi nie będą w większości, aby to prawo zmienić. Jednak tak czy inaczej to aparat siłowy stoi na straży państwa prawa. Czy jest droga aby królestwo siły zamienić w królestwo, w którym każdy ma takie same uprawnienia niezależnie od tego czy jest silniejszy, bardziej inteligentny, bogatszy, a nawet czy jest w większości?

Moim zdaniem zdecydowanie za mało się o tym mówi. Jako naturalny przyjmujemy stan, w którym rację mają ci, których jest więcej. Również media, które rządzą się prawami rynku nie ułatwiają nam sprawy. Za mało jest sensownych debat o etyce i wolności, a za dużo o polityce i woli większości. Za dużo kalkulacji, a za mało konsekwencji w poglądach. Czy jest szansa poprawić stan rzeczy? Jasne. Ale najpierw sami musimy rozbudzić w sobie i własnym otoczeniu świadomość potrzeby takich debat. Świadomość etycznej podstawy polityki. Jeśli więcej ludzi, będzie chciało rozmawiać na ten temat, donośniejsze będzie również echo w mediach. Może wtedy dorośniemy do tego, by mówić nie o sile, ale o wolności.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Pojednanie


- Przepraszam.

- Nic się nie stało.

Słowa te przechodzą nam przez gardło zupełnie mimochodem. Nawet nie zastanowimy się, kiedy je wypowiadamy. Ot element dobrego wychowania. I gdy ktoś pyta, czy wybaczamy, mając w głowie to elementarne dobre wychowanie oczywiście odpowiemy twierdząco. Czy jednak w tych codziennych sytuacjach jest tak naprawdę cokolwiek do wybaczania?

Kiedy w ogóle istnieje potrzeba przeprosin i przebaczenia? Przeprosiny i przebaczenie są dwoma stronami jednego aktu - pojednania. Pojednanie, czyli przywrócenie jedności. Wynika z tego, że coś musi być rozdzielone, aby móc przywrócić temu jedność. Czy przypadkowe trącenie kogoś w autobusie, albo piłka przypadkowo trafiająca w okno sąsiada powoduje rozdzielenie, albo rozerwanie czegoś?

Gdy mówimy o rozerwaniu musimy mieć na myśli rozerwanie więzi, która łączy mnie z drugim człowiekiem. Jeśli spotkana osoba jest przypadkowa, to trudno w ogóle mówić o więzi. Jeśli ona jest, to jest na tyle słaba, że faktycznie tego typu głupstwo może spowodować jej rozerwanie, ale również pojednanie nie wymaga jakichś nadzwyczajnych gestów. W takim przypadku zdawkowe przepraszam - nic się nie stało może naprawić nadszarpniętą relację i przywrócić ją do zwykłej ludzkiej życzliwości. Jednak pojednanie w takim przypadku nie jest jakimś wyjątkowym osiągnięciem i bazując na tego typu wydarzeniach, trudno jest określić siebie, jako osobę, która przebacza.

Gdy więź między dwojgiem ludzi jest silniejsza, to chyba nikt nie wygłupia się z przepraszaniem, za przypadkowe dotknięcie ani żadną inną błahą czynność wykonaną nieintencjonalnie. Bo jaka dojrzała relacja może ucierpieć z takiego powodu. Jedność trwa, więc nie ma potrzeby pojednania. Natomiast sprawa komplikuje się bardzo, gdy wyrządzimy faktyczne zło bliskiej osobie. I rzadko problem będzie tkwił w samej istocie tego konkretnego czynu, ale w nadszarpniętym zaufaniu. Nagle druga osoba staje się nieufna i oddalamy się od siebie rozrywając więź.

Czy kurtuazyjne "przepraszam" naprawi szkodę? Bynajmniej, a nawet wprost przeciwnie. Brak adekwatnej skruchy świadczy, że albo nie rozumiemy szkody, którą wyrządziliśmy, albo traktujemy bliską osobę, jak osobę przypadkową i uważamy, że więź była na tyle słaba, że bardzo łatwo możemy ją naprawić. Co zatem jest potrzebne do pojednania?

Pierwszym etapem jest na pewno uruchomienie rozumu i próba znalezienia istoty problemu oraz skutków, których doświadcza druga osoba. Jeśli relacja jest silna, to zrozumienie problemu, powinno obudzić w nas autentyczny żal - przeraźliwy krzyk bólu powstałego na skutek ran, jakie zadaliśmy drugiej osobie. Zrozumienie błędu i żal poprowadzi do analizy swojego własnego błędu i próby wyeliminowania go, ponieważ czując ten ból, na pewno zrobię co w mojej mocy, żeby nie czuć go ponownie. Jeśli uda się przebrnąć z sukcesem przez te etapy, to może w końcu będziemy gotowi na powiedzenie "przepraszam" z adekwatną do sytuacji powagą i przekonaniem, że chcemy naprawić to, co popsuliśmy. To dopiero pozwoli odzyskać zaufanie drugiej osoby i pojednać się w umocnionej poprzez kolejne doświadczenie relacji.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

niedziela, 3 kwietnia 2011

Cuda życia codziennego

I jak tu nie wierzyć w cuda? Albo przynajmniej w bardzo dziwne, acz radosne zbiegi okoliczności. Nie jest tajemnicą, że jestem zafascynowany kazaniami o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego, wygłaszanymi co niedzielę na tzw. dwunastce. Wczoraj przyjechałem na tydzień do Dublina, więc automatycznie dziś nie mogłem pojawić się na dwunastce. A tu niespodzianka. Kłoczu prowadzi rekolekcje w polskim duszpasterstwie dominikańskim w Dublinie. Czy to jakiś znak?

Kazanie o wszystkim, ale nie ma się co dziwić. Owoce życiowych przemyśleń, którymi raczy nas co niedzielę przez długie lata, tutaj musi przekazać w trakcie czterech homilii. Nie będę streszczał kazania, gdyż większość myśli przewija się przez całego mojego bloga. Jednak bardzo spodobał mi się cytat z Mistrza Eckharta:

Niektórzy chcą patrzeć na Boga tymi samymi oczami, którymi patrzą na krowę, i chcą kochać Boga tak, jak ją kochają. A kochają ją z powodu mleka i sera, ze względu na swoją własną korzyść. Tak postępują wszyscy ci, którzy kochają Boga ze względu na zewnętrzne bogactwo lub wewnętrzne pociechy; nie kochają Go tak jak powinni, kochają swoją własną korzyść.

Warto się zastanowić, czy kochamy Boga właśnie ze względu na korzyści, których z tego oczekujemy? Czy nasza miłość jest taka jak powinna być? Czy jest bezinteresowna? Czy czyniąc dobro, myślimy o czekającej nas nagrodzie zamiast o świecie, który mamy szansę tworzyć i zbawić?

poniedziałek, 28 marca 2011

Lepszy świat

Gdy tak nieraz posłucham ludzi obok siebie, jak i echo tych usłyszanych przypadkowo, zastanawia mnie, skąd na świecie tyle smutku i narzekania. Ludzie ubolewają, że choroby, że bieda, że nie ma pracy, że dookoła tyle zła. Faktycznie więcej się o tym wszystkim słyszy niż paręnaście lat temu, ale czemu tu się dziwić. Wolne media prześcigają się w szukaniu sensacji, a kto by napisał artykuł o kimś, kto jest cały czas zdrowy, kto nie cierpi biedy, kto normalnie pracuje, kto jest normalnym dobrym człowiekiem. Chyba nie ulega wątpliwości, że zdecydowana większość ludzi żyje każdym dniem. Oczywiście nie nadaje się na bohatera historii, bo kto chce czytać o takim szarym przeciętniaku.

Jednak jest w tym wszystkim coś, co niepokoi. Niepokoi, że jednak istnieją ludzie, którzy czynią innym zło. A może jeszcze bardziej niepokoi nas, że patrzymy na świat, w którym człowiek nie podaje ręki drugiemu człowiekowi. Na świat pełen obojętności. Gdzieś w sercu pragniemy innego świata. Takiego, w którym człowiek kocha drugiego człowieka. Żyjemy nadzieją, że po śmierci, jeśli tylko "przyzwoicie" dożyjemy końca, czeka na nas drugi, lepszy świat. Zamiast żyć tu i teraz, żyjemy nadzieją na lepsze jutro. Tymczasem zapominamy o tym, że póki co tylko jeden świat należy do nas. Właśnie świat Tu i Teraz.

Chcemy żyć w lepszym świecie? Więc zamiast żyć nadzieją, że lepszy świat przyjdzie, sami musimy go tutaj realizować. I wcale nie mówię o rewolucji, czy zakładaniu partii politycznych. Mówię o codziennym życiu. Jeśli chcemy świata, w którym człowiek mówi człowiekowi prawdę, musimy najpierw sami mówić prawdę drugiemu człowiekowi. Jeśli skłamiemy, to automatycznie budujemy świat, w którym ktoś kogoś okłamał, a nie o to chodziło. Oczywiście mówienie prawdy nie spowoduje, że wszyscy od razu będą mówić prawdę. Jednak zaniechanie mówienia prawdy spowoduje, że nie wszyscy będą prawdę mówić, bo sami już jesteśmy wyjątkiem. Jeśli chcemy żyć w świecie, w którym człowiek przebacza człowiekowi, sami musimy przebaczać, bo jeśli nie przebaczymy, to sami będziemy tymi, którzy nie przebaczają.

Warto sobie zdać sprawę z tego, że sami tworzymy świat, w którym żyjemy. I jakim go stworzymy, w takim będziemy żyć. Nie dajmy sobie wmówić, że świat został stworzony raz, a teraz tylko musimy doświadczać tego skutków. Każdego dnia, każdej sekundy tworzymy nasz świat. Tworzymy historię świata, która ma doprowadzić go do Zbawienia. Skorzystajmy więc z refleksyjnego czasu Wielkiego Postu i zastanówmy się chwilkę nad własnym postępowaniem. Spróbujmy skierować nasze działanie w stronę naszego upragnionego świata. Realizujmy go w jedynym świecie, który mamy - w świecie Tu i Teraz.

czwartek, 24 marca 2011

Złota zasada postępowania

W naszych rozważaniach na temat Kazania na Górze nieuchronnie zbliżamy się do końca. Kolejny rozdział jest krótki:

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.

Zdanie to idealnie odzwierciedla maksymę: minimum słów - maksimum treści. Nie trzeba wymieniać rzeczy dozwolonych czy polecanych, ani zabronionych czy potępianych. Wystarczą krótkie dwa zdania, aby każdy w ciszy własnego rozumu mógł sam ocenić własny czyn. Wystarczy postawić się na miejscu drugiej osoby, by zobaczyć czy moje działanie jest pozytywne czy negatywne.

Zresztą mądrość ta znana jest w postaci przysłów i powiedzeń. Najbliższe treścią jest chyba Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Chrystus idzie trochę dalej. Nie tylko mamy powstrzymać się od złych czynów, ale mamy aktywnie działać na rzecz potrzebującego bliźniego. Całe Boże Prawo polega na tym, aby drugiego człowieka postawić w centrum, jako cel swoich działań. Całą swoją działalnością Chrystus świadczy, że Bóg jest tam, gdzie drugi człowiek. A Bogu nie tylko nie należy czynić źle, ale należy składać mu ofiarę. Nie ofiarę krwi, ale ofiarę miłości.

Łatwo jednak dojść do wniosku, że drugi człowiek może potrzebować zupełnie czego innego niż ja. Jaki sens więc ma czynienie jemu tego, czego sam bym chciał dla siebie? Czy nie wpadamy znów w pułapkę egocentryzmu, gdy próbujemy w drugim człowieku znaleźć jedynie własne potrzeby i pragnienia? Zadanie to jednak wcale nie jest trudne.

Po to mamy rozum, by umieć siebie postawić w sytuacji drugiego człowieka. Ja w danej chwili potrzebuję czegoś, ale potrafię wyobrazić sobie siebie w sytuacji kogoś, kto potrzebuje czegoś innego. Mogę nawet znaleźć odpowiedź na pytanie, czy znalazłszy się w takiej sytuacji chciałbym pomocy? Czasem nie chcę pomocy. A czasem nie chcę się przyznać, że jej potrzebuję. Czy potrafimy podejść do drugiego człowieka zarówno z troską, jak i ze zrozumieniem? Czy potrafimy dać tak, aby bliźni po drugiej stronie nie wstydził się wziąć? To zadanie wydaje się dużo trudniejsze. Ale czy Chrystus obiecywał, że będzie łatwo?

niedziela, 6 marca 2011

Między sercem a rozsądkiem

Koncepcje dualizmu człowieka sięgają bardzo odległych czasów. Chyba najlepiej trzymającą się teorią był dualizm ciała i ducha. Człowiek z jednej strony jest istotą cielesną i podlega działaniu popędów i instynktu. Z drugiej jest istotą duchową i podlega obowiązkowi. Obie te sfery walczą ze sobą, a pole rażenia tej walki określamy jako świadomość. Również teoria Freuda zasługuje na wyróżnienie. Z jednej strony zwierzęce potrzeby, a z drugiej dziedzictwo kulturowe. Id vs Superego. Co jest wynikiem tej walki? Ego, czyli świadomość.

Jednak jest jeszcze jedna koncepcja dualistyczna, która najsilniej chyba oddziałuje w czasach obecnych. Serce kontra rozsądek. Z jednej strony, człowiek działa impulsywnie, poddaje się chwili, robi to, co chce w danej chwili zrobić. Z drugiej ma szerszą perspektywę, która każe brać mu pod uwagę opłacalność danego działania. Momentami wygrywa impuls, momentami rozwaga. Wbrew popularnej opinii, nie wierzę, że albo się jest (parafrazując tytuł powieści Jane Austen) rozważnym, albo romantycznym. W zależności od konkretnych okoliczności człowiek raz zachowuje się rozważnie, a kiedyś indziej impulsywnie.

Nie będę, się tutaj rozwodził nad tym, który sposób postępowania jest lepszy, gdyż uważam, że oba są niewystarczające. Gdzieś bowiem, pomiędzy tym co przyjemne, a tym co opłacalne gubimy jeszcze jedno kryterium - dobro. Słuchając impulsu, można postępować dobrze lub źle. Podobnie jest, gdy słuchamy rozsądku. A czasem ani słuchając jednego ani drugiego, nie wybierzemy dobrej drogi.

Gdy impuls każe nam za pozostające nam nadwyżkowe fundusze, kupić sobie coś, co sprawi nam radość, a rozsądek każe odłożyć pieniądze na trudniejsze czasy, zaabsorbowani rozwiązaniem tego dylematu, zapominamy o tym, że jest jeszcze jedna alternatywa. Gdzieś, nawet bardzo blisko nas, może być ktoś, komu te pieniądze mogą być potrzebne w chwili bieżącej. Czy warto troszczyć się o nieokreśloną przyszłość albo o spełnianie własnych zachcianek, gdy jest szansa zrobić coś dobrego?

Gdy dwie popularne opcje walczą o naszą uwagę, warto się rozejrzeć, czy swoją nachalnością przez przypadek nie zasłaniają nam trzeciej, najlepszej drogi.