poniedziałek, 14 września 2009

Wędrówka

Stary testament pełny jest opisów rozmaitych wędrówek. Raz Abraham idący do Ziemii Obiecanej, raz Mojżesz wychodzący z Egiptu, oraz wiele innych przykładów. Myślę, że nieprzypadkowo biblia opisuje wędrówkę. Można te wędrówki potraktować dosłownie, jako opisujące historie wybranego narodu. Historia przymierza, zwątpienia, zdrady i wybaczenia. Wzlotów człowieka, jak i jego upadków. Bezkresu pustyni i znaków od Boga.

Ale może gdzieś pod dosłowną interpretacją, kryje się coś głębszego? Chrystus przyszedł powiedzieć nam, że każdy człowiek należy do narodu wybranego. Może więc historia tego narodu jest historią każdego z nas. Każdy od chwili narodzin idzie przez życie. Podąża przez wielką nieogarnioną pustynię czasu i przestrzeni. Poszukuje sensu własnej egzystencji. Zostawia za sobą ślady i próbuje odczytywać ślady pozostawione przez przodków.

Jest jednak też drugi kierunek wędrówki. Zanurzony w rzeczywistości człowiek, dzień za dniem spędza na tych samych zajęciach. Zamiast wędrować do przodu, wędruje w koło. Zagubiony w świecie usystematyzowanych oczekiwań i utartych przyzwyczajeń człowiek może zapomnieć o sensie własnej egzystencji. Zbliżając się do śmierci odkryje, że nie ruszył się ani o krok od chwili wejścia w tę pętlę.

Może aby się zupełnie nie zapętlić, warto na chwilę się zatrzymać i pomyśleć. Pomyśleć jak wykonywać te cykle wędrówki w taki sposób, aby jednocześnie poruszać się do przodu. Może ponad bieżące cele i obowiązki warto postawić konkretne spotkania z drugim człowiekiem i odczytać w nich znak od Boga. Tak aby wędrówka jaką przemierzamy, była wędrówką w określonym kierunku.

piątek, 11 września 2009

Snowy White - Midnight Blues

Zachęcam do posłuchania pięknego blues'a. Mało kto zna ten kawałek, a szkoda. Cała twórczość tego gitarzysty pozostaje w cieniu, choć zupełnie nie rozumiem dlaczego.



Miłego słuchania!

wtorek, 8 września 2009

Niejasność spekulacji

Dyskusją akademicką jest rozważanie, na podstawie czego, można oceniać człowieka. Czy ważna jest intencja, czy efekt działania? Ciekawą myśl przedstawia Georg Wilhelm Friedrich Hegel w Fenomenologii Ducha. Otóż spotkawszy człowieka, jedynym, co możemy o nim powiedzieć, są nasze wrażenia. To kim on jest, czyli kantowski homo noumenon, może być kimś zupełnie innym, niż ten, jakim nam się ukazuje (homo phenoumenon). Jakakolwiek ocena jest czystą spekulacją i nie może mieć waloru obiektywności.

Hegel zauważa, że człowiek odsłania nam prawdę o swojej istocie poprzez własny czyn. Czyn możemy zanalizować dzięki efektowi działania osoby. Efekt, nadaje obiektywność naszej ocenie. Człowiek staje się tym, co czyni. Próbując analizować intencję tego czynu, cofamy się od odsłoniętej prawdy do etapu ponownych spekulacji i ponownie tracimy obiektywność.

Dalej filozof przywołuje hipotetyczną sytuację. Człowiek uprzedzony do drugiego, doświadczając od niego dobra, mógłby powiedzieć: "wiem, że uczyniłeś mi dobro, ale po twojej twarzy widzę, że jesteś złym człowiekiem i nie mogłeś mieć dobrych intencji, więc Twój czyn nie jest dobry". Jedyną odpowiedzią jaką może otrzymać za taką analizę jest według Hegla wymierzony policzek. Bynajmniej nie chodzi o urażoną dumę, ani o odpowiedź na niewdzięczność. Uderzenie w twarz, pokazuje jak niewiele znaczą rysy twarzy, z których rzekomo druga osoba wyciągnęła takie wnioski.

Trudno nie zgodzić się z Heglem w tym względzie. Jeśli chcemy obiektywnie ocenić czyjeś działanie, musimy opierać naszą ocenę na obiektywnych aspektach, a więc na efektach. Nie oznacza to jednak, że intencja nie jest ważna. Intencja ważna jest z punktu widzenia osoby czyniącej dobro, a nie z punktu widzenia osoby oceniającej. Ale osobie doświadczającej i oceniającej pozostają jedynie efekty. Inaczej cofamy się w niejasności spekulacji dewaluując czyn jako odsłonę tajemnicy, jaką jest istota człowieka.

poniedziałek, 7 września 2009

Wolny człowiek

W czasie właśnie zakończonego urlopu miałem okazję odwiedzić grób jednego z pisarzy, którzy na moje życie i przemyślenia wywarli największy wpływ. Mam na myśli Nikosa Kazantzakisa. Wzniesienie w centrum Iraklionu i coś na kształt ogrodu.


Na środku nagrobek z surowym krzyżem.


Miejsce magiczne. Z tyłu wyryty napis w języku greckim.


Po polsku oznacza:

Nie oczekuję niczego.
Nie obawiam się niczego.
Jestem wolny.

Arogancka prowokacja? A może świadectwo wiary? Myślę, że Jego dzieła nie pozostawiają wątpliwości. Czytając Ostatnie Kuszenie Chrystusa, albo Chrystus ukrzyżowany po raz wtóry, zaczyna rozumieć się na czym polega wiara w Chrystusa. Nikos Kazantzakis, jako jeden z nielicznych rozumiał. Każdemu życzę znaleźć się choć przez chwilę w tym miejscu.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Ubrać myśl w proste słowa

Gotuje się we mnie, gdy widzę, co z nauki Chrystusa pozostało w obecnym "chrześcijaństwie". Dlaczego zamiast miłości, nauka chrześcijańska coraz bardziej pilnuje jakichś sztywnych norm i struktur, których skądinąd w ewangelii trudno się dopatrzeć? Czasem własną myśl trudno ubrać w słowa. Dlatego zamiast tego, przytoczę cytat z o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego.

Mistyka była dla Kołakowskiego czymś rdzennie religijnym, najczystszą postacią religii, wyzwoloną z uwikłań socjologiczno-polityczno-psychologicznych. To chrześcijaństwo dalekie od zmyślnych struktur scholastycznych. Kołakowski z dużym zrozumieniem przyjmował powiedzenie Erazma z Rotterdamu, że nie może zrozumieć, dlaczego z prostej Ewangelii teologowie wybudowali potworne, skomplikowane gmachy.

Polecam gorąco również cały wywiad.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

O szczęściu

Zupełnie przypadkiem trafiłem na wypowiedzi jednego z twórców legendarnego zespołu Pink Floyd, którym jest Roger Waters. Wśród wielu ciekawych i mniej ciekawych myśli i anegdotek, znalazłem coś, co uznałem za wartościowe i czym się chciałem podzielić.

Wydaje mi się, że szczęście znajduje się gdzieś pomiędzy personalnymi, religijnymi i politycznymi ekstremami. Myślę, że szczęśliwi jesteśmy wtedy, gdy rozumiemy także punkt widzenia i potrzeby innej osoby. Szczęścia nie ma tam, gdzie jesteśmy zagubieni w samotniczym śnie.

Roger Waters, Listopad 2005

czwartek, 30 lipca 2009

Res cogitans

Filozofów od wieków interesował związek między rzeczywistością, a postrzeganiem. Czy to, co do nas dociera w postaci fenomenów, jest zgodne z faktycznym (co to w ogóle znaczy) stanem? Od Arystotelesa po Husserla temat ten jest nieodłącznym elementem refleksji światopoglądowej. Nie jest moją intencją przedstawienie dziejów tych rozważań, ale przytoczenie jednego z bardziej interesujących poglądów na ten temat, którego autorem jest wybitny francuski filozof Rene Descartes, znany również jako Kartezjusz.

Nie można ze stuprocentową pewnością założyć, że to co nas otacza jest bytem faktycznie istniejącym. Istnieje niewielka możliwość, kładąca cień na wiarygodność naszej percepcji, że mami nas wyjątkowo złośliwy demon. Podsuwa nam do świadomości fakty i przedmioty, które w rzeczywistości nie mają miejsca. Oddziaływuje na nasze zmysły, intelekt, rozum i pamięć. Czy oznacza to, że niczego nie możemy być w stu procentach pewni?

Bynajmniej. Jest coś, czego istnienie jest dla mnie niezaprzeczalne. Fakt, że myślę, że odczuwam. Że jestem kartezjańskim res cogitans. Cogito ergo sum. Mogę zatem wiedzieć, że jestem i nie mogę mieć co do tego wątpliwości. Istnieje zatem we mnie coś, jakaś duchowość, coś co w przeciwieństwie do wszelkiej materii, wiem, że istnieje. Jest to coś boskiego, choć niedoskonałego. Wyrazem niedoskonałości jest to, że nie mogę być pewien niczego innego, że zawsze pozostaje cień wątpliwości. Jednak niedoskonałość nie jest zaprzeczeniem doskonałości ale jej jakimś fragmentem. Musi istnieć jakaś doskonałość. Jakiś absolut. Jakiś Bóg.

Jeśli założyć, że to ta doskonałość objawia nam rzeczywistość, to niesposób uwierzyć, że nas zwodzi, że nas oszukuje. Oszustwo bowiem stoi w jawnej sprzeczności z doskonałością. Jaki cel może mieć doskonałość w zwodzeniu człowieka? Czy chce podkreślić swoją doskonałość? Oznaczałoby to, że doskonałość potrzebuje czegoś więcej, a więc nie jest pełna, a więc nie jest doskonała. Skoro więc doskonałość nie zwodzi i nie oszukuje człowieka, możemy wysunąć dość logicznie uzasadnioną tezę, że świat, który postrzegamy wokół, również istnieje rzeczywiście.

W ten sposób Kartezjusz od poddania istnienia świata w wątpliwość wyprowadza pewność jego rzeczywistego istnienia. Myśl ta była przez jego następców poddawana krytyce, ale znajdowała również wiernych obrońców. Nie chciałbym tu zajmować ani stanowiska pro-, ani antykartezjańskiego, ale raczej zachęcić do chwili zadumy i zagłębiania się w treść przemyśleń wielkich filozofów.