sobota, 18 stycznia 2014

Kontemplacja, życie i czas

Mówi się, że jedną z wad mieszkania na wsi, gdy pracuje się w mieście jest odległość, którą trzeba pokonać dwukrotnie każdego dnia, oraz czas na to potrzebny. Moja sytuacja wygląda tak, że mam codziennie do pokonania 20km do biura i na dodatek, z różnych przyczyn, nie mogę w tym celu skorzystać z samochodu. Ponieważ nie lubię narzekać, postanowiłem dobrze wykorzystywać ten czas i nadrabiam sobie zaległości lekturowe, powstałe na skutek mojego totalnego braku zainteresowania literaturą piękną w czasach szkoły podstawowej i średniej. Jeśli tylko uda mi się zająć miejsce siedzące w busie, biorę do ręki książkę i spędzam rozkoszne 20 minut na czytaniu, niekiedy tylko zakłócane przez agresywne dźwięki pseudo-muzyki wychodzącej z odbiornika radiowego kierowcy.

Dziś rano (a właściwie to wczoraj rano), dźwięków nie było i zająłem bardzo wygodne miejsce przy oknie. Pogoda była naprawdę ładna więc spontanicznie stwierdziłem, że zamiast mierzyć się z Goethem, spędzę 20 minut na kontemplowaniu widoków za oknem. Pierwsze parę minut nie było wcale proste. Umysł zamiast wyłączyć swoje obwody, zaczął obsypywać moją świadomość gradem myśli związanych czy to z projektami związanymi z pracą, czy planami na najbliższy czas. Udało mi się jednak odgonić niechciane myśli i zacząłem obserwować, trawę, drogi dojazdowe, ludzi, domy i przede wszystkim drzewa. Nagle pojawiła się myśl: wszystko żyje. Ale dlaczego żyje? Skąd się wzięło, że żyje? Czy ktoś potrafi to w ogóle wyjaśnić?

Oczywiście życie można różnie definiować i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by sprowadzić cały problem do przesuwania granicy pomiędzy tym, co martwe, a tym, co żywe. Jednak prawda jest, że był moment, w którym we wszechświecie życia nie było, a w chwili obecnej życie jest. Jakkolwiek by nie definiować życia to czysta logika przesądza, że musiał być moment w historii wszechświata, w którym coś martwego zamieniło się w coś żywego. Wcale nie próbuję sugerować, że z gliny, czy innej martwej materii ktoś, czy coś uformowało człowieka, by tchnąć w jego nozdrza życie. Jednak na pewnym poziomie, jakaś martwa cząstka musiała się zmienić w pierwszą we wszechświecie cząstkę żywą. Co mogło to spowodować, skoro niczego żywego we wszechświecie jeszcze do tej pory nie było?

Czy jakiś niewyobrażalny, ponadczasowy absolut złożył komórkę i tchnął w nią życie? Skąd się zatem wziął ten absolut? Może prawdą jest, że wszystko jest materią i komórka utworzyła się przypadkowo z znajdujących się wokół siebie cząstek i równie przypadkowo życie samo się uruchomiło. A może w ogóle nie ma czegoś takiego jak życie? Może wszystko jest po prostu materią, a życie jest jedynie złudzeniem? A może należy sobie wyobrazić, że wszechświat w całości przenika jakaś bliżej nieokreślona energia, która w odpowiednich warunkach potrafi tchnąć życie w odpowiedni układ cząstek?

A może wszystko jest zupełnie na odwrót? Zauważmy, że próbujemy zrozumieć, w jaki sposób z materii narodziło się życie. A może to nie życie jest pochodną materii, ale materia jest pochodną życia? Może życie jest absolutem i to ono eksplodowało w momencie Wielkiego Wybuchu? Może życie nie musi się narodzić z materii, ale materia powstaje na skutek śmierci żywych cząstek? Życie przecież kojarzy się mimowolnie z ciepłem, a śmierć z chłodem. Biorąc więc pod uwagę, że wszechświat jest w stanie nieustannego ochładzania, może trzeba również przyjąć, że to żywe cząstki stają się martwe, a nie na odwrót? Niby sprzeczne jest to z stale rosnącą populacją ludzi na świecie, ale czy gdy wziąć pod uwagę ginące gatunki zwierząt i roślin, to czy nadal jest to sprzeczne? A może życie jest zawsze w tej samej proporcji do materii? 

Każda próba zrozumienia początku, czy to świata, czy życia w świecie opiera się jednak na założeniu, że czas ma swój początek. Tymczasem, może już tu tkwi największa pułapka? Wydaje nam się, że czas jest liniowy. Ale czy kiedyś nie wydawało się ludziom, że Ziemia jest płaska, a linie pole grawitacyjnego są równoległe? Wszystko zależy od perspektywy. Z naszej perspektywy Ziemia jest płaska, a czas liniowy. Ale tak jak możemy wznieść się na wysokość z której widzimy, że Ziemia jest tak naprawdę okrągła, to może możemy i wznieść się ponad czas i zauważyć, że on również ma inną strukturę? A może nawet nie musimy. Ani Galileusz, ani Kopernik nie wylatywali w kosmos, przed swoimi odkryciami. Obserwowali inne ciała. Może w przypadku naszej pułapki czasowej również, geniusz i wprawny obserwator, będzie w stanie zauważyć prawidłowości, które pozwolą nam się uwolnić i lepiej zrozumieć życie i czas?

Niestety ja póki co nie znam żadnych odpowiedzi. Cieszę się jednak, że nawiedziła mnie ta myśl. Zjednoczenie z naturą? Kto wie. Swoją drogą, jak bardzo trzeba być zaślepionym lub oszołomionym, żeby się wcześniej nad tym nigdy nie zastanawiać? Czy rzeczywistość naprawdę pędzi aż tak bardzo, że nie jesteśmy w stanie się zatrzymać i zastanowić nad tak istotnymi kwestiami? Każdemu polecam chwilę kontemplacji. Ciekaw jestem jakie myśli Was nawiedzą w takiej chwili.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!!!

wtorek, 17 grudnia 2013

Jeżeli Boga nie ma ...

Minęło już niestety sporo czasu, od mojego ostatniego wpisu. Ogrom innych zajęć i obowiązków nie pozwala mi na regularne formułowanie moich myśli, co nie znaczy, że cokolwiek w tej sytuacji bym chciał zmienić. Oprócz codziennych zajęć, mnóstwo czasu włożyłem w nadrobienie zaległości w lekturze, a proza tego właśnie twórcy, którym w ostatnim czasie jestem zafascynowany okazała się tak wciągająca, że każdą wolną chwilę z przyjemnością spędzałem z nosem między stronnicami powieści. Zbrodnia i kara, Bracia Karamazow, Biesy i w końcu Idiota to największe dzieła Fiodora Dostojewskiego, a jednocześnie bardzo grube tomiska, które pomimo dużej objętości pochłania się w mgnieniu oka. Wielokrotnie na pewno będę wracał do różnych postaci przedstawionych w tych powieściach, gdyż właściwie każda z nich jest swoistym studium psychologii i etyki. Poza nielicznymi wyjątkami brakuje tam wyrazistych wzorców i antywzorców, co jest efektem jakże prawdziwej koncepcji nieustannej wewnętrznej walki i złożoności psychiki człowieka.

Dziś napomknę tylko o jednej myśli, która przewija się przez bogactwo jego spuścizny.

Jeżeli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone.

Zarówno w świadomości powszechnej, jak i w ustach części domorosłych filozofów, jest ona przypisywana Dostojewskiemu, jako jego własny pogląd. To z jednej strony dostarcza argumentów i wzbogaca autorytet tych, dla których istnienie Boga jest aksjomatem i zarazem jedynym źródłem moralności, oraz jedynym powodem, dla którego pewnych rzeczy robić nie wolno. Z drugiej strony powoduje to, że dla części osób Dostojewski takim poglądem udowadnia swoją niedojrzałość filozoficzną. Moim zdaniem zarówno argumentacja dla pierwszych, jak i pretensje drugich są całkowicie nieuzasadnione i udowadniają jedynie to, że zamiast zagłębić się w lekturę powieści, przeczytali jedynie ich opis z tylnych okładek.

To, że Dostojewski umieszcza w głowie swoich bohaterów pewną ideę, wcale nie oznacza, że jest to idea jego własna i że się z nią zgadza. Aby mieć dyskusję, czy nawet jakąkolwiek dynamikę, jego bohaterowie muszą się różnić pod różnymi względami. Jedni uważają, że Bóg jest bo być musi, inni uważają, że po prostu jest, jeszcze inni, że Go nie ma, a niektórzy powtarzają za Voltaire'm że jeśli Go nie ma, to należy Go wymyślić. Jeśli miałby bohatera, który uważa, że dwa plus dwa, to pięć, a drugiego, który uważa, że dwa plus dwa to trzy, to przecież nie udowadnia, że Dostojewski uważa, że którykolwiek z nich ma rację. Pogląd Dostojewskiego wyraziłby się w przebiegu wydarzeń, gdy obaj zrozumieją, że się mylą. Podobnie jest w przypadku problemu istnienia Boga i jego wpływu na istnienie moralności.

Wystarczy spojrzeć jakie są dalsze losy osób, które formułują powyższą myśl, by zrozumieć ponad wszelką wątpliwość, jakie jest zdanie rosyjskiego pisarza. Raskolnikow (Zbrodnia i kara) wymyślił "wielką" ideę opartą na tym, że skoro Boga nie ma, to człowiek, który wyrasta ponad przeciętność, zwyczajnie ma prawo do zbrodni w imię wyższych celów. Pomimo wielu wątpliwości i niepewności morduje starą lichwiarkę i jej siostrę. Jaki jest efekt? Popada w malignę i traci rozum. Podświadomie wykonuje działania prowadzące do ujawnienia prawdy. Wcale nie przyjmuje istnienia Boga, a mimo wszystko wie, że nie miał prawa zrobić tego, co zrobił. Idąc ulicą, czuje się wyobcowany. Wie, że nie może zwrócić się do nikogo o pomoc, bo wszyscy teraz są mu obcy. Swoim czynem zerwał swoją więź z otaczającymi go ludźmi. Po ratunek idzie do..... Powstrzymam się przed ujawnieniem dalszej treści, by nie psuć lektury tym, którzy planują wziąć Zbrodnię i karę do ręki w najbliższym czasie.

Podobną tezę przyjmował Mikołaj Stawrogin (Biesy), oraz Iwan Karamazow (Bracia Karamazow). Losy obydwu również nie zostawiają cienia wątpliwości, jakie jest zdanie Dostojewskiego na ten temat. Zastrzegam, że nie chodzi mi bynajmniej o to,  jakoby Dostojewski miał zaprzeczać istnieniu Boga. Wyraźnie jednak daje do zrozumienia, że nie uważa on, że "jeżeli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone". Póki co, nie będę opisywał szczegółów, ponieważ mam szczerą nadzieję, że ci z Was, którzy nie mieli okazji jeszcze rozkoszować się prozą tego wielkiego pisarza, sięgną po książkę, by w głębi lektury, samemu zastanowić się nad podsuwanymi przez autora problemami i ideami. Naprawdę warto!

piątek, 13 września 2013

Być jak dziecko

Oglądaliście serial Przyjaciele? Jeśli nie, to polecam na wieczory, w których po prostu potrzebujecie odprężenia. Może chociaż kaczora Donalda pamiętacie, bo o nim właśnie chcę pisać. W jednym z odcinków Przyjaciół, jeden z bohaterów - Chandler, podzielił się swoimi "przemyśleniami" na jego temat.:

- Wiecie, co jest dziwne? Kaczor Donald nigdy nie nosi spodni. Ale ilekroć wychodzi spod prysznica, zawsze zakłada ręcznik wokół swej talii. Po prostu wiecie, o co w tym wszystkim chodzi?

Zastanawiające, że zawsze wydawało mi się, że to jakaś dziwna i niezrozumiała niekonsystencja w zachowaniu bohatera kreskówki. Po co zasłaniać dolną część ciała po kąpieli, skoro nie zasłania się jej przez cały dzień? Wczoraj uderzyło mnie jakże proste i dziecinne wyjaśnienie. Dam głowę, że dzieci bez problemu odpowiedzą na zagadkę Chandlera, bo nie są skażone myśleniem dorosłych. Po co owijamy się ręcznikiem? Żeby zasłonić intymne części ciała? Przecież nie do tego służy ręcznik. Owijamy się po to, by się wysuszyć. Którą część ciała owinie kaczor, dół czy górę? Pewnie, że dół, bo tam ma przecież swój kuper pełen piór wymagających osuszenia. Prawda, jakie to proste?

A czy w życiu codziennym, dorosły nie stwarza sobie problemów, które dla dzieci nie byłyby żadnymi problemami? Dziecko powie szczerze, że jedzenie mu nie smakuje, podczas gdy dorosły kurtuazyjnie skomplementuje, a potem będzie męczył się, żeby zjeść. Jak dziecko czegoś nie rozumie, to zadaje pytanie. Dorosły zastanawia się po pierwsze, czy wypada zadać to pytanie, a po drugie, czy nie wyjdzie na idiotę, że nie zna odpowiedzi. Dziecko bezkompromisowo dąży do zaspokajania własnych potrzeb najprostszą ścieżką, podczas gdy dorośli rozważają miliony kryteriów, wybierając często ścieżkę najtrudniejszą. I bardzo dobrze, jeśli są prawdziwe powody by nie wybrać najprostszej, ale jak często prawdziwych powodów nie ma?

Dziecko nie odkłada wszystkiego na przyszłość i nie rozpamiętuje przeszłości. Ma cele w przyszłości, ale realizuje je tu i teraz. Jak długo dorosły musi myśleć o egzystencji by dojść do takich prostych wniosków? A może lepiej czasem po prostu stać się z powrotem dzieckiem? Oczywiście innym dzieckiem, bardziej doświadczonym, wyciągającym prawidłowe wnioski, nie poznającym świata od nowa. Ale jednak dzieckiem - odważnym, szczerym, znajdującym proste środki i proste rozwiązania.

Na koniec tych przemyśleń dam jeszcze zagadkę. 



W którą stronę jedzie autobus? W prawo, czy w lewo?

.
.
.

Jeszcze myślisz? Dziecko już by wiedziało.

.
.
.

Spoiler alert

.
.
.

To proste. W lewo, bo nie widać drzwi.

poniedziałek, 13 maja 2013

Czy patriotyzm jest dobry?

Niecałe dwa tygodnie temu obchodziliśmy święto uchwalenia pierwszej konstytucji. Towarzyszył temu oczywiście wzniosły nastrój i patetyczne słowa. Jak przy każdej takiej okazji znów okazało się, że każdy inaczej rozumie patriotyzm. Jedni mówią, że bronią narodu opierając się postępującej integracji europejskiej. Inni, że właśnie w imię dobra narodu zacieśniają więzy międzynarodowe. Jedni chcą ratować naród tnąc wydatki i uszczelniając budżet. Inni chcą w imieniu narodu właśnie wspierać z budżetu tych, którzy sami poradzić sobie nie umieją. Oczywiście każdy uważa siebie za patriotę, oskarżając tych o odmiennych poglądach o działanie przeciw interesom narodu, a nawet o zdradę.

Niezależnie od różnych sposobów pojmowania patriotyzmu, wszyscy murem stoją za priorytetowym jego znaczeniem. Chcą wychowywać młodzież na kolejne pokolenia patriotów ścigając się w udoskonaleniach programu edukacji. Młodzież jest obsypywana podniosłymi tekstami Mickiewicza, Słowackiego, czy Wyspiańskiego, z czego oczywiście tylko nieliczni są w stanie cokolwiek zrozumieć. Tym bardziej, że każdemu z tych tekstów przypisana jest jednoznaczna interpretacja, z którą prawdopodobnie sami autorzy by polemizowali. Zamiast wymyślić coś, żeby zachęcić młodzież do czytania, w działaniu jest sprawny mechanizm odstraszający. Może wcale nie bez celu? Może właśnie o to chodzi, żeby ludzie nie czytali? Jeszcze mogliby zacząć samodzielnie myśleć i przestać wierzyć w prawdę objawioną?

Kulminacją nauki patriotyzmu są jednak lekcje historii, oczywiście skoncentrowana wokół historii Polski, jak gdyby historia powszechna była dla człowieka dużo mniej istotna. Do tego również historia Polski przedstawiana jest dość jednostronnie. Dziwnym zbiegiem okoliczności, zawsze jesteśmy ofiarą zaborczego sąsiada, wśród których brylują oczywiście Niemcy i Rosjanie. Sami jednak walczymy po stronie równie zaborczego Napoleona, który bezwzględnie podbija całą Europę. Wrażenie po nim zostaje takie, że stał się biedną ofiarą złych mrozów rosyjskich i kolejnej uformowanej koalicji mocarstw europejskich, nie mogących pogodzić się z kolejnymi podbojami. Uczymy się o zbrodniach w Oświęcimiu czy w Katyniu, ale czy uczymy się również o zbrodniach, których sami dokonywaliśmy - jak choćby w Jedwabnem?
I dziwić się, że po takiej dawce patriotyzmu za młodu, nie lubimy Niemców, Rosjan, Żydów, Anglików, Francuzów i prawdopodobnie wielu innych nacji? Przeświadczeni o tym, że zawsze byliśmy krzywdzeni przez sąsiadów, wpadamy w kolejne narodowe kompleksy. Z wrodzoną nieufnością patrzymy na wszystko, co odmienne od modelu Polaka-patrioty, począwszy od innych narodów, przez inne wyznania, kończąc na innym sposobie spędzania wolnego czasu. Tymczasem nieuniknionym postępującym procesem jest globalizacja. Ludzie różnych wyznań i nacji mieszają się i wprowadzają w naszą kulturę elementy kultury własnej. Można im próbować tego zabraniać, ale do czego to prowadzi? Czy nie lepiej próbować się wzajemnie zrozumieć?

Może dość już tak rozumianego patriotyzmu? Może lepiej uczyć dzieci i młodzież miłości i zrozumienia, zamiast postaw patriotycznych. Jeśli człowiek będzie kochał, a przynajmniej współczuł drugiej osobie, to przestanie mieć znaczenie kryterium narodowe. Będzie opierał się złu zarówno wyrządzanemu swojemu, jak i zupełnie innemu człowiekowi. Bo czy ma znaczenie, kto cierpi? Jeśli cierpi człowiek, to trzeba człowiekowi pomóc, niezależnie od nacji, wyznania, czy dowolnych innych kryteriów. Trzeba przestać utwierdzać młodzież w mylnym przekonaniu, że każdy Polak to jest swój, a każdy obcy to obcy, bo zarówno tu, jak i tam są ludzie dobrzy i źli. Uczmy się nie miłości do naszych, ale miłości do człowieka.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Marzyciel

Gdy myślimy o wzorcu marzyciela, to do głowy niemal automatycznie przychodzi nam postać Ikara. Był to, jak jeden z mitów głosi, syn wynalazcy Dedala, znanego między innymi ze zbudowania labiryntu, w którym uwięziono Minotaura z Knossos. Według mitologii, ojciec wymyślił skrzydła z ptasich piór, zlepionych lekkim woskiem, dzięki którym wraz z synem mógł wznieść się w przestworza. Mądry wynalazca znając swoje ograniczenia, zabronił Ikarowi lecieć zbyt wysoko, żeby promienie słoneczne nie stopiły wosku. Młodzian jednak poniesiony chwilową fascynacją, nie zważając na przestrogę Dedala, podążył na oślep w stronę Słońca. Skończyło się to zgodnie z przewidywaniami ojca i w ten sposób marzyciel - Ikar, dopełnił swojego żywota.

Odtąd jest on inspiracją dla wszystkich marzycieli i wizjonerów. Stał się kultowym punktem odniesienia, do którego chętnie sięgają malarze, poeci i muzycy. To Ikar dodaje skrzydeł ludzkości w ich dążeniu do ciągłego wzrostu i sięgania po niemożliwe. Ale dlaczego? Dlatego, że lekkomyślnie ignorował mądre rady? Dlatego, że nie zdawał sobie sprawy z własnych limitów? Czy zrobił cokolwiek, czy tylko dał się ponieść fali namiętności? Dlaczego ślepe marzycielstwo tego lekkoducha stało się tak ważnym punktem odniesienia? 

Przez lekkomyślność Ikara, zupełnie na drugi plan zszedł prawdziwy marzyciel i wizjoner, który mógłby być nie tylko inspiracją, ale i wzorem godnym naśladowania. To on upatrzył sobie latanie, jako cel. To on, a nie Ikar skonstruował skrzydła. To on dzięki pracowitości, mądrości i wyobraźni właśnie dodał ludziom skrzydeł dosłownie i w przenośni. To dzięki jego pracy Ikar w ogóle miał szansę stać się symbolem. Symbolem czego? Marzycielstwa, czy może lekkomyślności? Prawdziwym marzycielem był przecież jego ojciec - Dedal. To on powinien być inspiracją dla artystów i natchnieniem ludzi dążących do osiągania niemożliwego. Skąd więc taki kult dla Ikara, a zupełne pominięcie prawdziwego marzyciela, jakim był Dedal?

środa, 10 kwietnia 2013

Nieufność

Dziś obchodzimy kolejną rocznicę smoleńskiej katastrofy. To już trzy lata minęły od momentu, gdy całą Polskę i nie tylko zszokowała informacja o rozbitym pod Smoleńskiej samolocie, w którym oprócz pary prezydenckiej zginęło wiele pierwszoplanowych postaci wszystkich frakcji naszego życia politycznego i bohaterów pierwszych stron najbardziej opiniotwórczych gazet.

Miejsce i czas tego nieszczęśliwego wydarzenia przywołało do życia jeden z największych demonów naszej historii. Przecież była to rocznica obchodów pamięci jednej z największych zbrodni w całej historii. To w pobliżu Smoleńska w roku 1940, na tajny rozkaz władz ZSRR, bezceremonialnie rozstrzelanych zostało przez NKWD ponad 20 tysięcy naszych obywateli. 

W takich sytuacjach zupełnie naturalnie rodzą się teorie spiskowe, których twórcy wysuwają hipotezę zamachu. Tym bardziej, że akurat prezydent Lech Kaczyński, przez całą swoją niemal pełną kadencją udowadniał, krok za krokiem, swoją nieskrywaną niechęć do Rosji. Skutkiem tego przywrócony do życia został kolejny demon naszej historii - tajemnicza katastrofa z 1943r, w której zginął generał Sikorski.

Niestety teorie te, niejednokrotnie w oczywisty sposób sprzeczne ze sobą, były propagowane nie tylko przez frakcje skrajne, ale również przez jeden z głównych nurtów naszej polityki. Czy biorąc odpowiedzialność za własne słowa wobec swojego, znacznego przecież elektoratu, reprezentująca demokratyczne wartości partia, nie powinna czekać z tego typu sugestiami, przynajmniej do opublikowania wyników śledztwa? 

Nie bez zasługi są również media, które konsekwentnie nagłaśniały wszystkie podburzające wypowiedzi, a tym samym eskalowały wewnętrzne konflikty. Oficjalne wyniki śledztwa i wyjaśnienia oczywiście nie mogły uspokoić, w tym stopniu rozdmuchanej iskierki poczucia dawnych krzywd i niesprawiedliwości. Czy w tym momencie istnieje w ogóle sposób na wyjście z tego konfliktu? Jaki dowód musiałby zostać znaleziony, żeby przekonać tak nastawionych ludzi do porzucenia własnych teorii, z imię których tyle ostrych słów zostało już powiedzianych?

Nieufność wykazywana w takich sytuacjach jest zresztą symptomatyczna. Ile razy w trakcie rozmów z przedstawicielami całego przekroju naszego społeczeństwa, można usłyszeć zarzuty, że u władzy są zdrajcy albo złodzieje? Zresztą nie odnosi się to tylko do polityki. Do sportu idą nieroby. Do polityki złodzieje. Do policji mafia. Do showbiznesu karierowicze. Gdy ktoś ma odmienne zdanie, to jest idiotą. Gdy ktoś broni swoich interesów, to chce nas upokorzyć. Gdy ktoś uzasadnia własne przekonanie, to jest szaleńcem. Gdy nawet robi coś dobrego, to przecież na pewno na pokaz.

Ponad 120 lat temu, to samo zauważył Bolesław Prus. W usta jednej z postaci, w powieści Lalka, włożył następujące zdanie: 

O!... że też my zawsze kogoś musimy posądzać albo o zdradę kraju, albo o złodziejstwo! Nieładnie! 

A ja się tak zastanawiam, czy przypadkiem przypisywanie innym ludziom takich intencji nie wynika ze znajomości samego siebie. Może zdajemy sobie sprawę, że wewnątrz nas gdzieś działają takie same złe instynkty. Tym samym jeśli ktoś otrzymuje możliwości ich uzewnętrznienia, włącza się w nas mechanizm nakazujący odciąć się od tego. A jak najlepiej się odciąć, jeśli nie potępiając? A może warto pomyśleć o dobrych instynktach, które przecież również w nas tkwią i zamiast prezentować taką nieufność, obdarzyć ludzi zaufaniem?