środa, 3 sierpnia 2011

Ciasna brama

Zbliżamy się do końca rozważań na temat Kazania na Górze. Wchodzimy w etap podsumowania. Oto co mówi nam Chrystus:

Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!

O jakich bramach i drogach mowa? Oczywiście chodzi o nasze życiowe i codzienne decyzje. Wybierając szeroką bramę, wybieramy komfort. Ciasna brama wiąże się z trudem. Musimy namęczyć się by przez nią przejść. Naszych decyzji nie możemy podejmować tak, by na uwadze mieć własny komfort, ale przede wszystkim dobro i miłość. Gdy wybierzemy wygodną bramę, przejdziemy bez problemu, ale dokąd trafimy? Dokąd można trafić wybierając jedynie własną wygodę? Co warte jest takie życie, gdy świat który nas będzie otaczał nie będzie miał dla nas znaczenia, a będzie je mieć jedynie pustynia naszego własnego ego.

Aby żyć szczęśliwie, nie dość, że musimy podjąć decyzję, by przejść przez ciasną bramę, ale musimy znaleźć do niej drogę. A droga ta jest wąska i nieraz trudno odszukać ją w gąszczu innych dróg. Gdy idziemy w górach lub lesie i szlak nie jest oznaczony, jak często zdarza się nam błądzić? Czy możemy wtedy odnaleźć cel? Odnaleźć ciasną bramę?

A jednak Chrystus nie zostawia nas na bezdrożu. Oznakowuje dla nas drogę. Jedyne, co musimy zrobić, to wytężyć słuch i usłyszeć, co do nas mówi m.in. w Kazaniu na Górze. Pokazuje na czym polega sens życia i jak odnaleźć szczęście. Jak zbudować Królestwo Niebieskie rozpoczynając od własnego serca. Ale Chrystus nie tylko mówi. Jego życie i śmierć są drogą, jaką trzeba wybrać. Droga miłości i przebaczenia wiedzie do ciasnej bramy, za którą odnajdziemy własne życie. Czyż to nie Chrystus mówił, że jest drogą, prawdą i życiem? Dlaczego mamy taki kłopot by go usłyszeć?

środa, 27 lipca 2011

Niekończąca się bitwa

Podstawowym dramatem życia człowieka wydaje się być nieustanna walka dwóch sił. Różnie można te siły definiować. Jedni mówią o walce serca z rozsądkiem, inni o walce presji ogółu z indywidualizmem, jeszcze inni o walce ducha z materią. Pomimo różnicy określeń, istota jest taka sama. Siła zmierzająca w jedną stronę, walczy z siłą zmierzającą w stronę przeciwną. Jedna siła pcha człowieka pod górę, a druga ciągnie w dół. Armia Dobra walczy z armią Zła. O ile nie mam wątpliwości, że nieraz staję po stronie armii Zła, o tyle mam przekonanie, że zawsze powinienem stać po stronie armii Dobra.

Dziś jednak oderwijmy się na chwilę od tych przeciwieństw i spójrzmy na sprawę z pozycji bezstronnego obserwatora. Gdyby, któraś z armii zwyciężyła raz na zawsze, to czym byłoby ludzkie życie? Załóżmy nawet, że zwycięży nasze upragnione Dobro. Czym stałoby się to Dobro, bez istnienia Zła? Z braku istnienia Zła, Dobro stałoby się neutralne. To tak jakby nagle zniknęły wszystkie niziny, doliny i kotliny a cały świat podniesiony był do wysokości góry. Przestalibyśmy mówić, że to jest góra, bo cały świat znajdowałby się na jednej wysokości. Góra nie może być górą, bez istnienia czegoś, z czego się wybija. Góra jest górą jedynie o tyle, o ile może się odróżnić od reszty krajobrazu.

Czy podobnie nie można pomyśleć w dziedzinie agatologii? Czy gdyby na świecie istniała jedynie armia Dobra, to przestałaby być armią Dobra. Stałaby się po prostu armią. Dobro istnieje jedynie, o tyle, o ile istnieje Zło, z którego może się wybić. Podobnie jak ta góra, która istnieje jedynie o tyle, o ile istnieją niziny, z których się wybija. Jeśli istnieje jedynie Dobro, to czy istnienie człowieka będzie miało jakikolwiek sens? Czy to nie ta walka sił Dobra i Zła zapładnia materię powodując jej nieustanny rozwój? Jej nieustanne wstępowanie? Gdy nie będzie napięcia między Dobrem, a Złem, czy cały świat nie utkwi w bezruchu?

Czy zatem mamy przyzwolić na Zło w imię rozwoju? W imię utrzymania celu życia? A może logika jest jeszcze inna? Może gdyby brakło nizin i cały świat urósł do poziomu góry, jakiś nagły zryw spowodowałby kolejną orogenezę i na poziomie uprzedniej góry ukształtowałaby się nizina, z której wyrosłyby nowe, wyższe, potężniejsze góry. Może tak samo jest z Dobrem i Złem. Im bardziej Dobro zwycięża, tym podwyższa poziom neutralności. Gdy poziom Dobra, będzie poziomem neutralnym, uprzedni poziom neutralny stanie się poziomem Zła, a nowe Dobro wyrośnie z nizin niczym nowe góry w czasie orogenezy. Może po każdej walce, następuje przegrupowanie sił i kolejna walka. Gdy będzie zwyciężać Zło, ludzkość będzie ściągana w dół, gdy zwyciężać będzie Dobro, ludzkość będzie się wznosić. Dynamika bez względu na wynik zostanie utrzymana. Dobro i Zło pozostaną dwoma siłami, które z jednej strony walczą ze sobą, a z drugiej nieustannie współpracują kształtując życie człowieka.

wtorek, 5 lipca 2011

Karzeł i gigant

Jeszcze niedawno, bardzo denerwowało mnie zadzieranie nosa. Tym bardziej, że im częściej osoba nosa zadzierała, tym mniej miała ku temu powodów. Im osoba jest wartościowa, tym częściej potrafi spojrzeć w twarz, a nawet pochylić się nad drugim człowiekiem. Paradoks? Bynajmniej. Gdy się tak zastanowić nad całą sprawą, to nie ma w tym nic zaskakującego. Przedstawię moją myśl obrazowo.

Wyobraźmy sobie karła i giganta. Jeśli przeciętny człowiek (oj nie lubię tego określenia, ale tym razem użyję w znaczeniu czysto matematycznym), podejdzie do karła i o coś spyta, karzeł nie może patrzyć na wprost, ani się pochylić. Musi uznać wyższość pytającego i podnieść głowę (zadrzeć nosa). Natomiast gdy ten sam człowiek zagadnie giganta, gigant również nie może patrzyć na wprost ani podnosić głowy. Musi spojrzeć w dół, często się pochylając.

Czy takiego banalnego rozumienia, nie można przenieść na zwykłe relacje międzyludzkie. Osoba, która zadziera nosa, pokazuje swoją małość. Jeśli relacje przedstawimy w kontekście etycznym, to osoba taka staje się moralnym karłem. Tymczasem osoba, która się potrafi pochylić pokazuj swoją wielkość. W kontekście etycznym jest moralnym gigantem. Samo pokazanie swojego stosunku do drugiego człowieka może być bardzo wiernym odbiciem postawy moralnej rozpatrywanej osoby.

niedziela, 26 czerwca 2011

Czarodziej elektrycznej gitary

Na wielu koncertach rockowo bluesowych miałem okazję już być. Jednakże wszelkie moje doświadczenia i oczekiwania przerósł ostatni koncert niesamowitego artysty, jakim jest Jeff Beck. 21-ego czerwca zagrał on po raz pierwszy w Polsce. Nie będę się rozpisywał na temat sprawnej organizacji i dobrej aranżacji koncertu. W warszawskiej sali kongresowej, gdzie wydarzenie miało miejsce wszystko było tip-top. Od sprawdzania biletów po akustykę na sali.

Oczywiście największą atrakcją, była sama wirtuozeria mistrza, który przeniósł publiczność w zupełnie inny wymiar. Stworzył między-dźwiękową przestrzeń, w której słuchacz mógł antycypować kolejne nuty, myląc się raz po raz. Swoje własne utwory przeplatał dziełami kultowymi jak: Rolling and Tumbling Muddy'ego Watersa, Little Wing Jimi'ego Hendrixa, czy nawet arią Nessun Dorma Giacomo Pucciniego. Żaden utwór nie oparł się geniuszowi, który potrafił partie wokalne zastąpić magicznym brzmieniem elektrycznej gitary, a akompaniament barwną wokalizą basistki i klawiszowca.

Ten sześćdziesięcioletni już gitarzysta od wielu lat uchodzi za ulubionego gitarzystę gitarzystów. Jest również zdecydowanie najlepszym gitarzystą spośród tych, o których nie słyszał cały medialny świat. Dlaczego nie słyszał? Ponieważ sam artysta nigdy nie poddał się presji. Nie uznawał kompromisów. Dorastał przecież wspólnie z Eric'iem Claptonem i z Jimmy'm Page'm. Grali razem w The Yardbirds, z którego Jimmy Page stworzył niesamowity zespół Led Zeppelin. Sam Beck jednak, gdy poczuł, że artyści z jego otoczenia idą w niewłaściwą stronę, nie miał skrupułów pójść w inną. Przez całe życie zgłębiał tajniki blues'a i gry na gitarze. Stał się idolem gitarzystów, którzy w większości próbowali się na nim wzorować. Sam jednak nie mógł się przebić.

Teraz, gdy na scenie nie ma już Led Zeppelin, a Eric Clapton pomału odchodzi na emeryturę, gwiazda Jeffa Becka zaczyna jaśnieć. Zarówno młodzież, zmęczona już komercyjną papką, jak i starsze pokolenie, tęskniące do blues'owego brzmienia, śledzi pilnie kontynuację kariery tego muzyka. Muzyka, który nigdy nie poddał się pokusom rockowych lat siedemdziesiątych. Muzyka, który pomimo swojego wieku wciąż stanowi punkt odniesienia dla młodszych gitarzystów. Muzyka, który swoim brzmieniem potrafi poruszyć niewzruszone serca, a swoją wyobraźnią przebić niejednego popularnego artystę.

Na zakończenie zachęcam do posłuchania wyjątkowo spontanicznej wersji bluesowego standardu pt. People Get Ready. Spontanicznej, bo wynikającej z niespodziewanie zaistniałej sytuacji.



sobota, 25 czerwca 2011

"Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie"

Nie zastanawia Was czasem, skąd w świecie tyle regulacji i biurokracji? Czy ludzki rozum nie jest w stanie wyznaczyć logicznych, a jednocześnie dużo bardziej elastycznych granic wolności? Tymczasem w życiu napotykamy na coraz więcej, coraz bardziej bezsensownych. I to właściwie w każdej dziedzinie. Jednak najbardziej chyba bulwersują mnie te, które nakłada biurokracja kościelna na wiernych. Nie chcę jednak dziś rozpisywać się o regulacjach i ich sensowności, ale o jednym konkretnym przykładzie.

Obrządek chrześcijańskiej eucharystii ma swoją dość interesującą wymowę i zawiera w sobie generalnie bardzo dużo sensu. Wspólnota ludzi, którzy jednoczą się wokół Chrystusa spotykają się, by słuchać Jego nauczania, a następnie w duchu Jego słowa przebaczają sobie i wszystkim pozostałym ich winy, by symbolicznie spożywając jeden posiłek stać się jednym ciałem zmartwychwstałego Jezusa. Oczywiście trochę uprościłem sprawę, ale myślę, że sens został zachowany.

Dlaczego jednak, do tego posiłku przystępować mają tylko uprawnieni? W szczególności mam na myśli dzieci, które z niejasnych powodów są wykluczone. Czy chodzi o to, żeby dziecko przeszło specjalną indoktrynację zanim nabędzie odpowiednich praw? Pamiętamy przecież ewangeliczną scenę, w której uczniowie Jezusa chcieli odsunąć od niego dzieci, które go otoczyły. Czy w ten sam sposób biurokracja nie odsuwa dzieci obecnie? Pamiętamy również, co powiedział Chrystus: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie".

Ale moim celem w tym wpisie nie jest wyłącznie krytyka, ale również pokazanie pozytywnego przykładu. Otóż od dawna już uczestniczę w dominikańskich "dwunastkach" (niedzielna msza o godz. 12) w Krakowie. Prowadzi je o. Jan Andrzej Kłoczowski, znany założyciel i prowadzący duszpasterstwa akademickiego "Beczka". Pozostając w ramach obowiązujących regulacji, nie daje on komunii dzieciom, ale pomimo tego zaprasza je do ołtarza i w czasie posiłku, włącza je we wspólnotę, błogosławiąc je i kreśląc znak krzyża na czole każdego z nich.

Szkoda, że dobre przykłady nie zawsze są powielane. A może? W końcu nie widzę w akcji każdego kapłana na świecie.

czwartek, 23 czerwca 2011

Broń obosieczna

Na ciekawą myśl natrafiłem podczas oglądania serialu pt. Lalka w reżyserii Ryszarda Bera na podstawie słynnej powieści Bolesława Prusa. Akcja toczy się w Paryżu, gdzie Wokulski uciekł od swojego miłosnego koszmaru. Spotkał tam niegdyś wybitnego chemika, uchodzącego jednak w tamtym czasie za wariata, profesora Geista. Gdy ten opowiedział Wokulskiemu o swoich pracach nad metalem lżejszym od powietrza, wywiązał się następujący dialog.

- Dlaczegóż ukrywasz pan przed ludźmi ów transcendentalny metal? - odezwał się wreszcie Wokulski.
- Dla wielu powodów -odparł Geist. - Naprzód chcę, ażeby ten produkt wyszedł tylko z mojego laboratorium, choćbym nawet nie ja sam go otrzymał. A po wtóre, podobny materiał, który zmieni postać świata, nie może stać się własnością tak zwanej dzisiejszej ludzkości. Już za wiele nieszczęść mnoży się na ziemi przez nieopatrzne wynalazki.
- Nie rozumiem pana.
- Więc posłuchaj - mówił Geist. - Tak zwana ludzkość, mniej więcej na dziesięć tysięcy wołów, baranów, tygrysów i gadów, mających człowiecze formy, posiada ledwie jednego prawdziwego człowieka. Tak było zawsze, nawet w epoce krzemiennej. Na taką tedy ludzkość w biegu wieków spadały rozmaite wynalazki. Brąz, żelazo, proch, igła magnesowa, druk, machiny parowe i telegrafy elektryczne dostawały się bez żadnego wyboru w ręce geniuszów i idiotów, ludzi szlachetnych i zbrodniarzy... A jaki tego rezultat?... Oto ten, że głupota i występek dostając coraz potężniejsze narzędzia mnożyły się i umacniały, zamiast stopniowo ginąć. Ja - ciągnął dalej Geist - nie chcę powtarzać tego błędu i jeżeli znajdę ostatecznie metal lżejszy od powietrza, oddam go tylko prawdziwym ludziom. Niech oni raz zaopatrzą się w broń na swój wyłączny użytek; niechaj ich rasa mnoży się i rośnie w potęgę, a zwierzęta i potwory w ludzkiej postaci niechaj z wolna wyginą. Jeżeli Anglicy mieli prawo wypędzić wilków ze swej wyspy, istotny człowiek ma prawo wypędzić z ziemi przynajmniej tygrysy ucharakteryzowane na ludzi...

I taka jest prawda. Każde epokowe odkrycie można wykorzystać zarówno do szlachetnych, jak i do podłych celów. Jaki odsetek ludzi pragnie celów szlachetnych? A jaki celów podłych? Kto będzie wykorzystywał wspaniałe wynalazki dla dobra ludzi? A kto we własnych egoistycznych zamiarach? I kto wreszcie przy ich pomocy będzie popełniał zbrodnie? Jak wychować nową ludzkość, która będzie potrafiła docenić wielkie wynalazki i wykorzystać je do budowy czegoś jeszcze większego?

sobota, 21 maja 2011

Punkt siedzenia

W naszej cywilizacji, chyba dawno już powszechnie uważa się, że niewolnictwo jest złe, a podstawowymi prawami należnymi każdemu człowiekowi są równość i wolność. Dawno już zrozumieliśmy, że jeśli nie chcemy trwać w wyniszczającej wojnie międzyludzkiej, musimy uszanować wzajemnie nasze prawo do wolności. Jednak droga do takiego rozumowania była długa i kręta. Tym niemniej, wydaje się, że jeśli ktoś w tym momencie uważa inaczej to jest to raczej ewenement niż powszechne myślenie.

Sprawa niewolnictwa była jednym z głównych powodów tzw. wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych. Gospodarka południowych stanów była w dużej mierze uzależniona od przymusowej pracy. Niskie koszty utrzymania pracowników pozwalały na efektywne prowadzenie rolnictwa i przemysłu. Wolne wybory wygrał przeciwnik niewolnictwa Abraham Lincoln, a nie mogący pogodzić się z perspektywą utraty darmowej siły roboczej inwestorzy z południa zdecydowali odłączyć się od Stanów Zjednoczonych. Oczywiście rząd nie mógł zgodzić się na bojkot wygranych wyborów i zdecydował się stłumić ruchy separatystyczne.

Powodów oczywiście było więcej i sprowadzanie ich do tego jednego jest sporym uproszczeniem, jednak demokracja rządzi się swoimi prawami i jeśli czyjeś działania szkodzą wolności ludzi, do których obrony zobowiązany był rząd, to działania zapobiegające są nie tylko uzasadnione, ale i zalecane. Rezygnacja z darmowej przymusowej siły roboczej na rzecz zachęcania do zdobywania kwalifikacji i wprowadzenia rynku pracy wydaje się działaniem bardzo pozytywnym.

Proponuję jednak aby w ramach badań spróbować znaleźć jedną hollywood-ską produkcję filmową, w której południowcy nie są przedstawieni jako bohaterowie, a tzw. Jankesi jako okrutni najeźdźcy. Może jakieś uda się znaleźć, choć mnie się nie udało. Natomiast w przeciwną stronę jest tego bardzo sporo. Warto się teraz zastanowić, jaki zasięg ma prawda historyczna, a jaki zasięg ma Hollywood. W naszej skomercjalizowanej rzeczywistości obraz forsowany przez media przyswajany jest dużo łatwiej niż obraz wynikający z rzeczywistych danych.

Nie bierzmy więc przekazywanych nam czyichś osobistych, grupowych czy nawet większościowych sympatii, bez zdania sobie sprawy, że punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia!