piątek, 3 września 2010

Nieustannie wzrastające drzewo

Jestem w trakcie długiego procesu nadrabiania zaległości lekturowych zwłaszcza jeśli idzie o świat umiłowania mądrości. Wygląda na to, że aby włączyć się na poważnie w historię myśli ludzkiej trzeba przestudiować dzieła swych poprzedników. Aby jednak tego dokonać rzetelnie, potrzeba poznać również ich motywy, a więc i dzieła ich poprzedników.

Stosując się rekurencyjnie do tej zasady trzebaby wrócić do początku historii ludzkiej myśli. Wrócić jeszcze przed Parmenidesa, Heraklita, czy Sokratesa, gdzieś w okolice starożytnego Egiptu czy Mezopotamii. Począwszy od tego momentu przestudiować interesującą nas gałąź wielkiego i owocnego drzewa, jakim jest filozofia.

Już w tym momencie chcąc przestudiować, dla przykładu, historię myśli o życiu i śmierci od starożytnego Egiptu do Heideggera czy Levinasa, napotykamy na bardzo długie i skomplikowane zadanie. Prawdopodobnie jednak jest to zadanie wykonalne w okresie naszego życia i może nawet jesteśmy w stanie dodać od siebie coś istotnego. Pewnie wielu ludzi obok nas również doda coś od siebie.

Spróbujmy postawić się w pozycji naszych następców, albo następców naszych następców. Czy ich zadanie będzie również wykonalne? Czy filozofia skończy się dlatego, że wszystko zostanie powiedziane? Czy może dlatego, że filozofom braknie czasu na poznanie myśli swoich poprzedników?

środa, 11 sierpnia 2010

Pobudka!

Chrystus wg św. Mateusza mówi: Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny. No tak. Więc przyjdzie złośliwy Bóg, żeby zaskoczyć tych, którzy nie czuwają. Tak możnaby interpretować te słowa, ale czy interpretacja ta mogłaby być zgodna z naturą miłosiernego Boga? Czy Bóg mógłby czyhać na targanego skłonnościami człowieka? Warto się czasem zastanowić nad pozornymi jedynie przeciwieństwami jakie płyną z biblii.

Dlaczego Chrystus każe czuwać? Bo czas ucieka, a chwila jest podobna do chwili. Gdy dziś nie zdecydujemy się na przemianę, to kiedy? Gdy odkładamy to na poźniej, to czy kiedyś przyjdzie chwila w której przestaniemy to odkładać? Zawsze znajdzie się powód, żeby jeszcze poczekać. Żeby jeszcze w tej chwili trwać w błędzie, ale jak tylko "staniemy na nogi" to się zmienimy. Tymczasem chwila za chwilą ucieka, a my dalej szukamy wymówek.

Chrystus przestrzega nas przed takim szukaniem wymówek. Nie obejrzymy się nawet, a cały dany nam czas minie i obudzimy się w świadomości, że całe życie zostało zmarnowane. Nie lepiej chwytać chwytać chwilę? Wykorzystać "tu" i "teraz", żeby uczynić swoje życie lepszym, czyli owocniejszym. Jeśli odłożymy to na jutro, to zawsze będziemy odkładać na jutro. Tylko teraz jest czas, żeby się przemienić. Trzeba wyrwać się z tego paraliżującego snu codzienności i obudzić się, aby Pan zastał nas czuwających - przemieniających się, a nie śpiących - planujących się przemienić.

I nie jest właściwą motywacją lęk przed jakimś tyranem, który skaże nas na niewyobrażalne męki, ale trwoga przed własną śmiercią. Przed możliwością, że nasze życie skończy się zanim się zacznie. Gdy nasze dzieło będziemy mogli opisać matematycznie, jako zero. Może wielkie, wyszukane i niewyobrażalne, ale nadal jako zero.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Więzień własnego Ja

Był raz pewien pustelnik, który nieustannie dążył do doskonałości. Rozdawszy wszystkie swoje dobra ubogim, oddalił się na pustynię i poświęcił modlitwie.

Nadszedł dzień jego śmierci. Pustelnik poszedł do nieba i zapukał do drzwi raju. "Kto tam?" - spytał jakiś głos z wewnątrz. "Ja!" - odparł pustelnik. "Nie ma tu miejsca dla dwóch - odpowiedział głos - odejdź". Zeszedł tedy pustelnik z powrotem na ziemię i podjął na nowo walkę. Ubóstwo, posty, modlitwy, łzy ... Gdy umarł po raz drugi, znowu zapukał do wrót raju. "Kto tam?" - spytano. "Ja!". "Nie ma tu miejsca dla dwóch! Odejdź!" - odpowiedział ponownie ten sam głos. Zrozpaczony pustelnik wrócił na ziemię i podjął jeszcze zacieklejszą walkę, by zdobyć wreszcie zbawienie dla swej duszy. Licząc sto lat, zmarł po raz trzeci. Zapukał do bram raju, a gdy go spytano: "Kto tam", odpowiedział: "To Ty, Panie!". Wówczas otwarły się podwoje raju i wszedł doń pustelnik.


(Nikos Kazantzakis, Biedaczyna z Asyżu)

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

King Crimson - Epitaph

Proponuję dziś kolejny wspaniały klasyk.



The wall on which the prophets wrote
Is cracking at the seams.
Upon the instruments of death
The sunlight brightly gleams.
When every man is torn apart
With nightmares and with dreams,
Will no one lay the laurel wreath
When silence drowns the screams.

Confusion will be my epitaph.
As I crawl a cracked and broken path
If we make it we can all sit back
And laugh.
But I fear tomorrow I'll be crying,
Yes I fear tomorrow I'll be crying.

Between the iron gates of fate,
The seeds of time were sown,
And watered by the deeds of those
Who know and who are known;
Knowledge is a deadly friend
When no one sets the rules.
The fate of all mankind I see
Is in the hands of fools.

sobota, 31 lipca 2010

Powściągliwość w sądzeniu. Obłuda.

W naszych rozważaniach na temat Kazania na Górze przechodzimy już do siódmego rozdziału Ewangelii wg św. Mateusza.

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały.

Początek jest dość prosty i bardzo logiczny. Jaki świat będziemy budować dookoła, w takim będziemy żyć. Gdy będziemy się wywyższać nad innymi i rwać się do sądzenia, to ułożymy cegłę na budowie świata, w którym ludzie się wywyższają i rwą do sądzenia. Kto komu może dać prawo do osądzania drugiego człowieka? Kto może się wywyższać nad innymi? Gdy o całe zło na świecie, będziemy oskarżać brata swego, to nie zauważymy zła, którego sami się dopuszczamy. Najpierw trzeba usunąć belkę ze swego oka. Usuwając tę belkę dać przykład bratu, który może wtedy sam usunie własną drzazgę. Dać świadectwo.

Jak jednak rozumieć ostatni werset? Kto jest psem? Kto jest świnią? Dopiero co Chrystus powiedział, żeby nie osądzać, a tu każe nam identyfikować psy i świnie? Jak rozgryźć tę zagadkę? Może najpierw trzeba odnaleźć odpowiedzi na inne pytania: czym są perły? co jest święte?

Najprościej chyba zacząć od ostatniego pytania. Jak rozpoznać to, co jest święte? Myślę, że to pomału zaczyna się wyłaniać z całej lektury Kazania na Górze jak i z pozostałych fragmentów nauki Chrystusa. Gdy jest On pytany, co jest najważniejsze, mówi bez wahania: "Miłuj bliźniego swego." Przed śmiercią nakazuje... "Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali". To drugi człowiek - bliźni - brat. On jest zawsze najważniejszy. To drugi człowiek jest tym, co święte. Kto zatem jest psem? Ten, który chce posiadać człowieka. Ten, który chce, aby mu go dać. Chrystus przykazuje: "Nie dawajcie psom tego, co święte". Nakłada na nas obowiązek troski o drugiego człowieka.

Myślę, że to samo kryje się w obrazie pereł i świń. Natomiast zatrzymałbym się nad konsekwencją tego, że nie posłuchamy słów Chrystusa. Gdy nie będziemy troszczyć się o innych to psy i świnie obróciwszy się nas będą szarpać. Gdy nie będziemy się troszczyć o innych, to kto nas osłoni przed psem czy świnią? Jaki świat zbudujemy, w takim będziemy żyć. Już kiedyś przytaczałem ten wiersz niemieckiego pastora Martina Niemoellera, ale myślę, że jest idealna okazja by go powtórzyć, bo stawia on kropkę w naszych rozważaniach na temat tego fragmentu Kazania na Górze. Oto on:

Gdy nazi przyszli po komunistów, nie odezwałem się, bo nie byłem komunistą.
Potem przyszła kolej na Żydów, i znowu się nie odezwałem, bo nie byłem Żydem.
Potem przyszli po związkowców, i znowu się nie odezwałem - bo nie należałem do związków zawodowych.
Potem przyszli po katolików i nie protestowałem, bo byłem protestantem.
Wreszcie przyszli po mnie - i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

wtorek, 27 lipca 2010

Człowiek i państwo

Człowiek na swojej życiowej ścieżce wyznacza sobie cele i podejmuje działania zmierzające do ich realizacji. Spotyka drugiego człowieka i nawiązuje z nim relacje. Często ten drugi człowiek pomaga w realizacji tych celów i vice versa. Im silniejsza relacja, tym więcej wspólnych celów, do których wspólnie się dąży. Gęstość interakcji z drugim człowiekiem rośnie. Do swobody nawiązywania i utrzymywania relacji potrzebna jest wolność. Jednak we współczesnym świecie doświadczamy ograniczania tej wolności na rzecz innych wartości. Dokonuje tego podmiot o tajemniczej nazwie: "państwo".

Państwo broni wolności człowieka, ale jednocześnie ją samo ogranicza. Państwo ustala prawo, któremu obywatel się musi podporządkować. Państwo dysponuje siłą, która może odpowiedzieć na agresję ze strony innego państwa (wojsko) lub innego obywatela (policja), ale jednocześnie może przymusić do oczekiwanych zachowań. Państwo pobiera podatki i państwo udziela pomocy potrzebującym. Jakby weszło pomiędzy mnie, a drugiego człowieka zastępując normalną międzyludzką relację. Już nie wchodzę w relację z drugim człowiekiem, ale z państwem. Bo państwo jest pewniejsze. Można sparafrazować słynny tekst z filmu Juliusza Machulskiego pt. Seksmisja: "Państwo rządzi, państwo radzi, państwo nigdy cię nie zdradzi." Jednak czym jest to państwo? Skąd się bierze taki podmiot i jakie prawo, poza prawem siły ma ono by decydować o naszym życiu?

Jak zauważył Franz Rosenzweig w swym życiowym dziele pt. Gwiazda Zbawienia, pojęcie państwa nowożytnego różni się od pojęcia wypracowanego przez starożytnych Greków. W naszym świecie, państwo jest strukturą ustaloną i odgórną. Jego prawo do władzy bierze się z samego pojęcia państwa. Człowiek nie może nie zgodzić się na przynależenie do państwa. Jest do niego siłą wcielony. Może jedynie wpływać na jego kształt, na jego rolę, ale to ono będzie kształtowało jego życie, a nie odwrotnie. Państwo roztacza niewidzialne macki nad głowami obywateli i wchłania ich wraz z ich majątkiem, dokonaniami, życiem.

Co innego było u zarania pojęcia państwa. Państwo nie było oddzielnym podmiotem, który przymuszał obywateli. To obywatele zbierali się razem. Łączyły ich wspólne cele. Na rzecz tych celi gromadzili się i podejmowali działania. Każdy dobrowolnie. Nikt nie miał wymuszać na innym przynależności do czegokolwiek. Jednak państwo broniło swoich obywateli, bo był to jeden z celów dla których ludzie się zgromadzili. Państwo nie było strukturą obejmującą obywateli, sprowadzając ich do roli komórek organizmu. To obywatel był podmiotem i miał pełną wolność. Swoim działaniem wpływał na życie państwa a nie odwrotnie. Człowiek zatapiał się w jedności państwa, a nie państwo zatapiało człowieka w sobie.

Implementacja takiego państwa pewnie w naszym świecie jest mało realna. Chociażby dlatego, że definicja greckiego państwa nie daje możliwości powstania reprezentacji obywateli. Wtedy siłą rzeczy reprezentacja stałaby się taką strukturą, która ustalałaby prawo i nakazywała podporządkowanie. A przecież ktoś musi mieć w rękach władzę na wypadek agresji z zewnątrz. Czy nie nadużyje tej władzy?

Czy zatem nowożytne państwo musi zwyciężyć? Czy człowiek skazany jest na rolę nieświadomej komórki? A może istnieje droga, żeby to człowiek na powrót stał się podmiotem w świecie?

czwartek, 22 lipca 2010

Czyste rączki

Myślę, że nie da się w życiu uniknąć sytuacji, w których robimy coś złego. Pojawia się od razu pytanie o definicję "czegoś złego", ale jednak tę kwestię wolałbym zostawić na inną okazję. Jakkolwiek by nie zdefiniować zła, w życiu każdego z nas zdarza się, że się go dopuszczamy. Czasem jest to małe wygodne kłamstewko lub przemilczenie. Czasem obgadanie kogoś za plecami. Czasem zlekceważenie kogoś, albo złośliwa przygana. Przykłady można by mnożyć.

Prawdą jest, że nieraz jesteśmy sprawcami zła i nikt od nikogo nie żąda, żeby ten był bez skazy. Ktokolwiek by żądał niech sam najpierw będzie bez skazy. Kto jest bez skazy niech rzuci kamień. Jednak niezwykle ważne jest jak sami traktujemy zło, którego się dopuszczamy. Czy gryzie nas sumienie? Czy potrafimy stanąć w prawdzie zła, które popełniliśmy? Czy wyciągamy wnioski? A może bagatelizujemy? Może przedstawiamy je sobie jako konieczność albo wręcz jako dobro? O maskowaniu zła jako dobro, można napisać osobny wpis, albo wręcz książkę, bo jest to problem nie tylko ciekawy i złożony jeśli idzie o przykłady. Równie ciekawy jest aspekt źródeł i skutków takiego postępowania.

Zajmijmy się jednak inną "strategią" postępowania ze złem. Często bagatelizujemy zło. Mówimy sobie, że przecież nic nadzwyczajnego nie zrobiłem, albo że każdy tak robi. Że skutek jest minimalny. A przecież z perspektywy drugiej osoby sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Nie chcemy analizować tych skutków, tylko szybko zapomnieć i uspokoić sumienie. Wybielamy się. Jak Piłat, który umywa ręce przed skazaniem Chrystusa na śmierć. Losy życia niewinnego człowieka były w jego rękach. Na te ręce spłynęła krew, której nie da się tak łatwo zmyć. Umycie rąk symbolizowało zmycie z siebie winy. Ucieczkę od odpowiedzialności wynikającej z jego stanowiska. Nie głód tłumu decydował, tylko dekret Piłata. On jednak udał, że nic złego nie zrobił. Że zaspokoił żądanie innych. Że to przecież oni skazali Jezusa a nie On.

A czy my bierzemy odpowiedzialność za zło, którego się dopuszczamy? A może podobnie jak Piłat chodzimy z czystymi rączkami udając, że przecież nic się nie stało. Że każdy tak robi. Że to nie nasza decyzja i odpowiedzialność. W ten sposób zamiast uleczyć sumienie, znieczulamy je. Jak tabletki przeciwbólowe, które powodują, że bólu nie czujemy i pozwalamy rozwijać się gangrenie aż będziemy zmuszeni amputować nasze sumienie. Jak wtedy odróżnimy dobro od zła? A może staniemy się wtedy zwierzakami, których instynkty i chęci są wystarczającym usprawiedliwieniem ich działań, a pojęcie dobra i zła zniknie w ogóle z naszych słowników?